wtorek, 27 grudnia 2016

Verminhammer - Szczypta domowych zasad do młotka inspirowanych Grą Akcji.

O ja cię... ale mnie tu dawno nie było. Jakoś tak korzystając z przerwy świątecznej i odrobiny wolnego, wziąłem się za pichcenie konceptów do starego, dobrego Młotka. W poniższym linku znajdziecie skromną broszurkę PDFową, którą mam nadzieję rozwijać w miarę testów i prób.


A czymże to jest? A no właśnie taką łatką mającą urozmaicić tą 'neutralność' ekwipunku jeśli o broń chodzi, bez dodawania kolejnych rzutów czy testów. Co prawda są sugerowane rozwiązania, chociażby ze Zbrojowni Starego Świata, lecz te przydzielają jednym rodzajom broni jednoręcznej takie potężne granty, że w sumie nie ma po co chodzić z czym innym poza toporem. Chciałem zaproponować alternatywę w oparciu o różne 'modele zachowań' oraz koncept szybkich lub silnych ciosów.

PS. Byłbym wdzięczny za feedback, gdyby znaleźli się chętni do testowania

sobota, 7 marca 2015

Warhammer 40000: Rogue Trader: O horyzont za daleko. cz.2

W poniższym opowiadaniu udział wzięły postacie stworzone według zasad z podręcznika, a końcowe efekty ich działań zostały poddane testom z użyciem kości i mechaniki gry.




Rogue Trader

O horyzont za daleko.


Dryf w warpie był wyczerpujący. Przemierzaliśmy przestrzeń dzikiej energii wzdłuż i wszerz setki razy, lecz nic nie równało sie z doznaniami płynięcia przez Paszczę – jak potocznie zwano ten skromny przesmyk między galaktyką, a jej krawędzią, Ekspansją Koronusa. Długotrwały pobyt w immaterium dawał się we znaki każdemu, budziliśmy się albo z bólem głowy czując, jakbyśmy się w ogóle nie wyspali, innym razem marynarze wstawali wypoczęci po zaledwie kilku minutach snu, męcząc się jak spożytkować czas nim nastać miała ich zmiana, a do tego czasu na ogół byli już dość wyczerpani. Choroby albo się znienacka pojawiały, albo ich ofiary ulegały nagłemu ozdrowieniu. Pojawiła się nawet plotka, że w lazarecie na niższym pokładzie lekarz odszedł od chorego na kilka minut, uzupełnić medykamenty, a gdy wrócił zauważył, że pacjent ozdrowiał, natomiast objawy przeniosły się na śpiącego obok towarzysza. O ile warp działał na ogół powoli i podobne zdarzenia były raczej rzadkością, o tyle w Paszczy, w tak dzikiej energii, w tak czystej potencji, gdy tylko jakiś piorun trzasnął w pole Gellera, jakby ogromna jego dawka wlewała się w nasz maleńki bąbelek rzeczywistości. Dlatego przez Paszczę przechodziło się w dwóch skokach i niedługo miał przyjść czas na skromny przystanek, odpoczynek na Pobojowisku.
Wypiwszy poranny recaf nie mogłem się pozbyć okropnego posmaku w ustach. Choć na szczęście kofeina działała i dała małego kopa, a środki przeciw migrenie pozwoliły na choćby ubranie się bez zapięcia guzika nie w tym miejscu co należało, to jednak gorycz trunku pozostała, niezależnie jak bardzo starałem się ją spłukać wodą, czy słodkim winem. Kolejna sztuczka przeklętego warpu, kolejne zaburzenie. Wstępując na mostek nie mogłem się doczekać chwili, w której znów ujrzymy czerń pustki, uśmierzający spokój kosmosu i migocące leniwie gwiazdy. Choć to nic, zaledwie przejaw absolutnej próżni i zimnej samotności, wolałem to niż wszechogarniający plan, w którym każda myśl, każda potencjalna rzecz, która nigdy się nie ziściła, chciała się do nas wedrzeć i zmaterializować. Monstrum z którym niedawno musieliśmy się uporać było czymś takim. Tylko dzięki bystremu działaniu Ingrid udało się zażegnać tragedii i rozpowszechnieniu plotki o całym wydarzeniu. Strach pomyśleć jaki wpływ na morale miałaby wieść o monstrum z warpu, urzeczywistnionym w narzędziach kuchennych, które kroiło i ćwiartowało sobie członków załogi, tak sobie, z ciekawości.
Gdy drzwi się rozstąpiły skinąłem wszystkim obecnym na mostku, wchodząc sobie na skromne wypiętrzenie obok koła sterowego. Manewrowanie przejęli podoficerowie przy odpowiednich konsolach, więc mogłem się wygodnie rozsiąść w miękkim skórzanym fotelu. Nawigator siedział na swym tronie, podłączony do dziesiątków kabli, doglądany przez swe sługi, lecz na jego twarzy nie było już widocznego przejmującego napięcia, a wręcz spokój i błogość.
-Wyjście z warpu, dwie minuty – rzekł mój tymczasowy zastępca, oficer wachtowy imieniem Gillam Cort. Po jego twarzy widać było, że też coś mu dolegało, był cały blady i pocił się jakby przeszedł ciężką chorobę, a część jego ludzi wyglądała jeszcze gorzej. Zastępował nie tylko mnie, ale i Butcha, dobrze wychowany imperialny oficer, wyrzucony z marynarki za radykalny przejaw lojalności wobec poprzedniego kapitana oskarżonego o korupcję. Wiedział kiedy odwracać wzrok i kiedy nie zadawać pytań, a to cenna cecha w naszej profesji.
-Po wyjściu z warpu, jedną czwartą na przód – rzekłem rozmasowując czoło. – Przeprowadzić pełen skan augeryczny, potem możecie zejść z ludźmi ze zmiany.
-Dziękuję, kapitanie – Cort odpowiedział, po czym przystąpił do wykonania zadań i poinstruowania podkomendnych.
Po kilku długich chwilach, równie bardzo rozciągniętych w czasie co wszystko inne w tej przeklętej przestrzeni, impulsy fioletowej energii przed naszymi oczami wygasły, gdy Sekutor otworzył wyrwę w przestrzeni. Realna rzeczywistość niczym czarna dziura zajrzała nam w oczy, a immaterium wyciekało w czerń kosmosu jak zawrócona brudna woda płynąca spiralą w górę rury, do zlewu. Wypadliśmy z Warpu, a powrót do normalności uderzył w nas jak młot. Jeśli ktokolwiek czuł woń rozkładu, kiedykolwiek wąchał trupa lub kompost, ten wie, że z cała mdłością jaką smród przynosi, czai się tam nutka słodyczy, fermentujących cukrów, które uśmierzają zmysły, niektóre owady dzięki temu wiedzą, że ich „obiad” dobrze dojrzał i nadaje się do konsumpcji, palce lizać, rozpada się w ustach... Warp był trochę inny, w nim ta słodycz dominowała, a smród zatruwał delikatnie i powoli. Gdy nagle znikł, dopadła nas reakcja podobna do kaca lub odstawienia narkotyku, i niezależnie ile razy przezeń nie skakaliśmy, nie dało się do tego przyzwyczaić. Trucizna znikła, ale zapach rzeczywistości, nie tłamszony całunem słodyczy, zdawał się wręcz zimny, nieprzyjemny. Niektórzy z marynarzy poczęli się drapać, czując po raz pierwszy od wielu dni swe gryzące odzienie. Ja nie znosiłem zapachu stali, a po wyjściu z warpu czułem ją jakby ktoś wziął płytę pancerza, starł na szlifierce i pyłem buchnął w twarz, czułem smar i pot, papier dziennika leżącego na komódce, zaraz obok kapitańskiego fotela. Coś co dotąd było dość ciekawe, normalne i regularne w życiu, po wycieczce przez immaterium stawało się nieznośne, drażniące, osobliwe.
Wyrwa w przestrzeni zamknęła się za nami, co przedstawił wyświetlacz taktyczny w centrum mostka, oraz na małym ekranie w prawym podłokietniku. Przez wysokie okna widzieliśmy pobojowisko, choć najbliższe z wraków znajdowały się setki tysięcy kilometrów przed nami, to cała ich chmara wyglądała jak mgławica szarych pędraków.

***

Legendy prawiły, że niegdyś na Pobojowisku starli się bracia, rogue traderzy o wielkiej fortunie, zwaśnieni ze sobą poza granice rozsądku. Zebrali potężne floty, zarówno swoje, jak i sojuszników i starli się w tym właśnie miejscu, chcąc rozsądzić, który z nich będzie miał prawa do eksploracji i łupienia dóbr Ekspansji Koronusa. To jednak tylko legenda, szczątki starych poskręcanych i rozerwanych wraków były tak antyczne, że trud było uwierzyć w historię o braciach, zaś po skrupulatnym przetrząśnięciu pozostałości kadłubów, można było znaleźć jednostki, które zniszczono kilka wieków temu, jak i takie, co padły przed tysiącami lat. Im więcej nieścisłości, tym więcej baśni narastało na starej legendzie, jedna mówiła nawet o flocie uciekającej przed ofensywą świętego Drususa, która przed wiekami zaginęła w Warpie, usiłując uciec na krawędź galaktyki, a przy okazji wpadając w objęcia dzikich sztormów dookoła Paszczy. Wraki tych statków miały przez lata wypadać na Pobojowisku, jakby szczątki wyrzucane na brzeg, tłumacząc jakim cudem obszar wrakowiska liczył sobie blisko trzysta tysięcy kilometrów średnicy.
W próżni kosmosu nie słychać było jak długie szare kadłuby zderzają się ze sobą, dalej leniwie sunąc, powoli, delikatnie. Nie słychać było stali boleśnie skrzeczącej pod kolosalnymi naprężeniami, ani złocistych wyładowań energii rozbłyskującej wokół majestatycznego krążownika, który niemo sunął przez ocean złomu. Śrubki, odłamki, stare nity, odpadki przemierzały pustkę z prędkością pocisków wystrzelonych z prędkością dostateczną, by przedziurawić człeka na wylot, a pole siłowe Sekutora skutecznie je pochłaniało, chroniąc pancerz przed niepotrzebnymi zadrapaniami. Okręt zbliżał się do samego centrum „mgławicy”, skąd docierał wyłapany podczas skanu sygnał SOS unieruchomionego statku. Minąć miało jeszcze wiele godzin, nim mogli się mu przyjrzeć bliżej i wykonać dokładniejsze prześwietlenia.
Samuel Quiddy odbywał spotkanie w swoim biurze, do którego z resztą nie mógł przywyknąć. Choć gabinet wyłożony kosztownym ciemnym drewnem o barwie niemalże tak głębokiej co świeżo zaparzony recaf, zdawał się być cały zasłany papierami i dokumentami, z którymi nigdy nie mógł się do końca uporać, być może uważając, że jeśli dostatecznie długo je zignoruje, to jakoś sobie odlecą w niebyt warpu. Papiery były nieodłącznym elementem wystroju, natomiast szerokie biurko, za którym seneszal siedział, było tak nimi zawalone, że mógłby się za nimi skryć, gdyby tylko delikatnie pochylił głowę. Na nosie miał okulary, złoty łańcuszek wesoło pobrzękiwał wokół szyi. Żuł skuwka wiecznego pióra, zaczytując się w listach płac. Niedługo musieli wypłacić ludziom niemały żołd, a złote imperialne trony zewsząd się nie biorą. Odkąd byli w drodze przez ostatnie kilka miesięcy, nie mieli okazji uzupełnić jednej rzeczy, pieniędzy, twardej waluty. Dynastia Fistów utrzymywała się z różnych przedsięwzięć i inwestycji w sektorze Calixis, ale przecież nie wypłacą pensji marynarzom sypiąc wydrukowanymi wekslami. Ludzie potrzebowali czegoś, co mogli dotknąć, o co mogli grać i czym mogli płacić. Większość i tak się zwracała, problem tkwił w tym, że nie mieli dostatecznie twardej waluty, by wypłacić wszystkim. Będą musieli przy najbliższym postoju spieniężyć dużo przewożonych dóbr, upłynnić aktywa i papiery wartościowe, by uzupełnić skarbiec o stare dobre złoto.
Nad wejściem zaświeciła się zielona lampka informacyjna, po chwili, podobna zabłyszczała na panelu interkomu w biurku. Mężczyzna wcisnął guzik.
-Jestem zajęty, mówiłem – rzekł do mikrofonu. – Tylko w przypadku nadzwyczaj ważnym...
-Chciałam z panem przedyskutować kwestię prywatną – odpowiedziała kobieta, jej głos zniekształcony elektroniką systemu komunikacji.
Samuel ciężko westchnął, uaktywnił kamerę na zewnątrz, by spojrzeć z kim ma do czynienia. To była Erin Margo, tajemnicza kobieta reprezentująca jedno z dużych przedsiębiorstw wielobranżowych w sektorze. Quiddy zastanawiał się jaką umowę zawarła z kapitanem, przez cały lot w warpie nie opuszczała swych kwater, trzymając się z dala, pewnie zajęta swoimi sprawami. Mimo wszystko Samuel był odpowiedzialny za finanse, on dbał o każdą monetę, o każdy przypływ i odpływ dóbr, a kapitan podjął decyzję zrobienia interesu, w który go nie wtajemniczył. Bardzo mu się to nie podobało, a za zwyczaj znaczyło dwie rzeczy: albo plan był potencjalnie tak dobry, że nie dało się go objąć rozumem, albo tak głupi, że tylko ogromna proponowana fortuna mogła skusić Hanovera do zgody.
-Jeśli nie chce mnie pan widzieć, zrozumiem – powiedziała, wyrywając go z zamyślenia. Szczupła, ruda, w czarnym uniformie, nie była w typie Quiddego, a mimo to zajęła ważne miejsce w jego papierkowej robocie i głowie, odkąd Hanover kazał doliczyć dwieście milionów tronów do puli majątkowej.
Palec w ciszy powędrował do odpowiedniego guzika, a drzwi z sykiem rozstąpiły się, wpuszczając ją do zadymionego wnętrza gabinetu, rozświetlonego jedynie przez przyciemniony kinkiet oraz biurkową lampę. Kobieta zatrzymała się przed meblem, za którym siedział brodacz, nie siadała, wiedząc, jak śmiesznie wyglądałaby zza sterty dokumentów. Dłonie skrzyżowała na plecach, włosy miała rozpuszczone, dość przyjemnie absorbowały żółtawe światło bijące od lampki.
-Słucham, w czym rzecz? – Samuel spytał się skuwając pióro i odchylając się na fotelu, tak by mieć na nią lepszy widok.
-Proszę się nie obawiać, nie przyszłam składać panu żadnej dwulicowej oferty za plecami kapitana, nic z tych rzeczy – zaśmiała się, próbując rozluźnić atmosferę, lecz brzmiała dość sztucznie, nawet gdy próbowała być szczera. Wpół zmechanizowana twarz i prawdopodobnie ból z nią związany, musiał się solidnie odbić na jej umiejętnościach oddawania emocji.
-To mnie pani zaskoczyła. Może to trochę kliszowa zagrywka, choć muszę przyznać, także o niej pomyślałem.
-Przyszłam po pana radę.
-Radę? – Samuel spytał szczerze zaskoczony, niemalże od razu przechodząc do podejrzeń, co zasygnalizował podskok jednej z brwi. – Jeśli chodzi o sprawy personalne, szczególnie dotyczące naszej załogi i sojuszników, to musi pani wiedzieć...
-Wiem, wiem, poinformuje pan o wszystkim kapitana i pozostałych, jesteście bardzo wobec siebie lojalni, chwała wam za to. Nie, panie Quiddy, to nie dotyczy ani pana, ani kapitana, ani żadnej osoby na tym okręcie szczerze mówiąc, po prostu gdy kapitan oprowadzał mnie po Sekutorze, wspomniał, że znacie się na wielu sprawach organizacyjnych i mogłabym się do was zgłosić.
-Cóż, zależy w czym problem, choć na celebracje wybieram się regularnie, to religijnego święta nigdy nie zdarzyło mi się organizować, jeśli o to chodzi.
Kobieta się zaśmiała kiwając głową i uspokajając rozmówcę, po czym odeszła od biurka przechodząc sobie pod ścianami i spoglądając na zebrane przez Samuela dzieła. W gabinecie miał same rarytasy, których nigdy nie trzymałby w głównym librarium. Opasłe tomiska tyczące się historii i praw, jego ulubionej tematyki, czyli konspiracji i przekrętów. W wolnym czasie Quiddy lubił czytać o tym, jak jakiś szlachetka, używając kruczków prawnych i wykluczających się paragrafów, potrafił obrócić sprawę na swą korzyść lub stukał wprost grube miliony. Zainteresowanie Samuela nie było skierowane na same prawa, jako, że te szybciej lub później były łatane. On interesował się życiorysami, motywacjami, charakterem postaci, oraz tym skąd czerpały rozwiązania. Niekiedy przyparci do muru, niekiedy postawieni w obliczu szczęśliwego zbiegu okoliczności, osoby te zawsze chwytały okazję, gdy tylko się jakaś nadarzyła.
-Moja rodzina odpracowała wiele pokoleń w służbie wielu panów. – Erin zaznaczyła stukając obcasami gdy tak powoli obeszła jego gabinet. – Zdobyliśmy władzę, pieniądze, wpływy...
-I wrogów – dodał seneszal uśmiechając się leciutko, a ona zrozumiała, że to oczywisty przytyk do jej implantu.
-Tak, wrogowie także się znaleźli. Lecz nie tak silni, ani skuteczni, jak sądzili – odpowiedziała spokojnie, splatając dłonie. – Zostaliśmy wyróżnieni społecznym awansem, a jak to wypada u szlachty, powinnam wydać przyjęcie, dziękując moim dotychczasowym pracodawcom za okazane mi względy.
-Rozumiem, chce pani uczynić uroczystość na tyle oczywistą, by za razem zrozumieli pani rolę, osiągnięcia i takie tam... W skrócie, jak się tu zaprezentować? W związku z nową pozycją społeczną, wypadałoby dostać lepsze stanowisko i podwyżkę, zgadza się?
-Dobrze pan to ujął, choć wolałabym bardziej subtelny przekaz.
Wreszcie mówiła do rzeczy i podobało mu się to co usłyszał. Ciekawa prośba, a osoba pani Erin Margo, dotąd dość sztywna i skryta, wydała się mu bardziej przystępna i być może ludzka. Prosić obcego o tak, zdawałoby się, przyjacielską przysługę? W pewien sposób mu schlebiała, co zdecydowanie połechtało odpowiednie struny ego seneszala.
-Może być ciekawie – odpowiedział w końcu drapiąc się po brodzie. – W porządku, i tak powinienem sobie zrobić przerwę od tego całego bajzlu. W takim razie, proszę mi opowiedzieć coś o swoich szefach.

Jeremiasz Banter nie mógł się wyspać. Złożył hamak, zwinął go i przypiął siatką do ściany w swej dyżurce. Recaf w kubku był już zimny, a na służbie nie wypadało paradować schlanym. Na zewnątrz zatłukły dzwony wachtowe, sygnalizujące koniec długiej pierwszej zmiany. Chciał sobie pochrapać, uciąć komara jeszcze kilka minut, ale niestety, jak zbudził się dwadzieścia minut temu, tak był już na nogach. Napuścił wody do cebrzyka i opłukał zarośniętą szczeciną gębę. Słyszał jak na zewnątrz powoli zwijają się poprzednicy, jak bosmani ponaglają chłopaków, by przestali szorować, czy grać w karty. Koszulka na ramiączkach wionęła potem, stwierdził w myślach Jeremiasz, zastanawiając się, kiedy by ją w końcu wyprać. Dobył długiego krzywego noża i przejechał ostrzem po łysinie, pilnując, by choć ta część łba pozostała niezmienna. Narzucił na plecy kamizelkę z pagonami wieszczącymi jego pozycję, po czym spokojnie wyszedł na długą kratownicę prowadzącą wzdłuż pancernej ściany odgradzającej wnętrze okrętu i znajdujące się weń magazyny amunicji, od komory ładowniczej burtowych makrobaterii. Potężne bloki działowych jarzm zajmowały całą prawą stronę komory, grube niekiedy na dziesiątki metrów, korygowane dźwigarami, zębatymi kołami, przy których człek był mikry niczym jeden ząb w kolosalnej konstrukcji, zaś tubusy hydraulicznych siłowników utrzymujących jarzmo w jednej pozycji, pochłaniające impet wystrzału, teraz były oblezione przez mrowie ludzi złażących w dół po łańcuchach i linach na kosze serwisowych ramion. Ręcznie smarowali stal za razem przeprowadzając skrupulatną inspekcję, czy oby nie powstał jakiś odprysk, odkształcenie. Opiekowali się działami na rozkaz kapłana technicznego Orikusa, którego posępne i bezwzględne spojrzenie sprawowało wieczny dozór z pancernej komnaty rytualnej u szczytu komory, między mechanizmami podajniczymi. Teraz śluzy były zamknięte, a ogromne szyny i tłoki, wysięgniki i pajęczyny łańcuchów złożone pod ścianami, niczym zwodzone mosty.
Jeremiasz zajrzał do jednego z baraków na niższych piętrach, gdy tylko zszedł plątaniną schodów. Wewnątrz jego zespół jeszcze chrapał smacznie, jakby nie słysząc budzącego dzwona. Trochę im współczuł, dużo wycierpieli przez ten lot w warpie, nie mogli spać, a liche żarcie jakie im serwowano wcale nie poprawiało nastrojów. Musiał jednak trzymać dyscyplinę i jakiś pozór. Gwizdnął na śpiącą w hamakach chałturę blisko dwudziestu chłopa.
-Wstawać, kundle! Nie słyszeliście dzwonów! Wachta, kurwa mać, jak kogoś nie zobaczę za minutę na stanowisku, to będzie szorował obsrane serwitory po awariach! Już, kurwa!
Bosman wydzierał się na całe gardło, a chłopaki, jak dobrze wytrenowana trupa gwardzistów, zerwała się w kilka sekund. Dobrze ich wyćwiczył, od tego z resztą był... Choć sami nie wiedzieli co się dzieje, sam głos Jeremiasza aktywował odpowiednie procesy, można powiedzieć, że odpalał ich jak złodziej jakiś tani automobil, puszczając iskierki po odpowiednich kabelkach. Zrywali swoje kamizelki, niektórzy wybiegli w koszulkach, jakiś był na tyle sprytny, by w zęby złapać jakiś owoc na później. Jego małe stadko pobiegło zmienić obstawę jednego z serwomotorów skomplikowanego mechanizmu ładującego pociski. Tym opiekował się Jeremiasz i jego ludzie, takie mieli obowiązki. Pospieszyli na sam dół, stając twardo na konkretnym gruncie. Lampy sufitowe były tak wysoko, że ledwo docierało od nich światło, i tak wielce rozproszone, dlatego przy ich stanowisku mieli zamocowane swoje własne okratowane żarówki, rozświetlające panele z dźwigniami, przełącznikami i połyskującymi zielenią kineskopami kogitatorów. Nieopodal była stacja ładująca, gdzie czwórka serwitorów regenerowała siły. Blade sylwetki w połowie ludzi, w połowie maszyn, niegdyś mogły być takimi samymi marynarzami jak oni. Ot trafił się nie lada pech, wypadek, starcie, odnieśli obrażenia śmiertelne, a jedyne co dało się uczynić z ich ciałami, to wykorzystać tkanki i wciąż nierozłożony system nerwowy, do automatyzacji jednostki i uczynienia z niej taniej siły roboczej, idealnej do pracy w ryzykownych lub męczących warunkach. Nad grupą bosmana Bantera, górowała plątanina rur, przekładni taśm, elektroniki i tłoków. Mechanizm serwomotora popychał na środek komory szynowy wózek, który stanowił wspornik dla rynny podajnika rozkładanego podczas ładowania, między śluzą magazynów amunicji, a zamkiem faktycznym armaty. Między każdym strzałem, trzeba było rozłożyć w mozolnym procesie cały ten pomost, wepchnąć do otwartej komory działa pocisk, ładunek pędny, zakleszczyć zamek, złożyć pomost, uszczelnić śluzy. Wszystko po to, by zrobić jarzmu działa odpowiednio dużo miejsca. Gdy prowadzili ogień, tytaniczny blok odskakiwał w tył, przemierzając w mgnieniu oka całe metry i przy okazji zamieniając w przecier każdego idiotę, który w porę nie uszedł.
Po schodach, w górę wracali ich koledzy, a ludzie bosmana Jeremiasza Bantera odprowadzili ich smutnym wzrokiem. Dwie kolejne godziny będą musieli spędzić tutaj, robiąc jakieś bzdurne przeglądy, rutynowe smarowania, a znając życie, bosman i tak się do czegoś przyczepi.
-Dobra, chłopcy – zaczął stając naprzeciw grupy ziewających marynarzy. – Kilka rzeczy musimy sobie wyjaśnić, z tego co się dowiedziałem i kazano mi przekazać, nie jesteśmy jeszcze w ekspansji, tylko gdzieś na jakimś tranzytowym zadupiu. Pobędziemy tu kilka dni, odpoczniemy, a potem znowu w warp.
Mężczyźni westchnęli przeklinając swój los, biadoląc pod nosami i generalnie nie wiedząc, co ze sobą począć. Kolejne kilka tygodni nudy i nudności.
-Szefie – spytał jeden z nich, młodszy szczupły chłopak w podkoszulku na ramiączka w białe i niebieskie paski. – A coś wiadomo kiedy będziemy mogli zejść na jakiś ląd? W Port Wander pobyliśmy trochę krótko, a to była stacja, przydałoby się zejść...
-Już nie biadol jak baba, bo jeszcze cię ktoś zapnie, Martens – bosman odpowiedział robiąc wyjątkowo gorzką minę. – Sprawa ponagliła, trudno się mówi, a wy się cieszcie, że kapitan był na tyle dobry, by choćby zadbać o świeżą żywność dla was. Chuj, że się zepsuła, warp taki jest, zjebie najlepsze intencje, kto wie, czy nie uznał, że łakocie za dobre na wasze plebejskie gęby. Macie kilka dni wytchnienia, radzę, byście skorzystali. Kapitan się troszczy, żeby wasz już zupełnie kurwica nie trafiła od tego warpowego dryfu, więc róbcie swoje, skujcie ryje, a ja zadbam, byście po drugiej strony tej cieśniny, byli pierwszą grupą co zejdzie na ląd, rozumiemy się?
Skinęli mu głowami, co jak co, bosman był kawałem sukinsyna, chama i brutala, ale troszczył się o swoich, na swój sposób. Spojrzeli po sobie, wzruszyli ramionami.
-Dobra, dość tego posępnego pierdolenia. Kaffing, sprawdź mi czy ostatnia zmiana czegoś mi nie zjebała w hydraulice... No co się patrzysz jak proboszcz na pustą tacę? Zapierdalaj na górę, mam ci to rozrysować? Ciśnienie sprawdź w czwórce!
Po drabinach i kratownicach podwieszanych chodniczków zabrzęczały buty wywołanego marynarza, co ruszył wykonywać obowiązki.
-Rolfo, Mangs i Dowell – Bosman kontynuował czytając z tabliczki, którą odpiął od głównej konsoli. Ołówkiem odznaczał imiona, przy jakich zaraz dopisywał wyznaczone zadania. – Robicie przegląd hamulców wózka, wczoraj coś nie domagało na tylnich łożyskach, sprawdźcie czy te jełopy to naprawiły, czy zostawiły nam. Wszystko ma mi się pięknie kręcić.
-Robi się, szefie. – Odrzekł jeden z trójki, nim ruszyli na swoje pozycje
-Tanner, dołóż tej proteinowej papki serwitorom, tylko jak w zbiorniku cuchnie, to ją wywal, a nie dokładaj na górę świeżej, bo się znowu posrają – łysy osiłek wydał kolejną dyrektywę, a jego podkomendny bezzwłocznie przystąpił do wykonania.
Dyrygował ludźmi w ich maleńkim królestwie. Ta korpulentna machina była dla nich wszystkim, a dbanie o jej stan, całym życiem. Nie siedzieli w wieżyczkach obrony przeciw-nalotowej, nie byli fachurami z maszynowni, nie. Całe ich królestwo, to obsługa urządzenia, które pchało po szynach wózek z podporą, na której spoczywała rynna ładująca. To wszystko. Stanowisko dobre jak każde inne i tak samo podłe, w zależności z której perspektywy spojrzeć. Chłopaki nie narzekały, znali się, pracowali razem. Nie była to robota wymagająca, ale znali maszynę jak własną rękę, uwijali się ze wszystkim szybko, wiedzieli gdzie jaka śruba jest słabo dokręcona, a gdzie coś tam telepie, gdzie są dziwne osobliwe dźwięki oraz, że ten jeden guzik na panelu kogitatora w prawym dolnym rogu trzeba wciskać mocno bo czasami nie zaskakuje. Znali każdy jej kaprys, a niektórzy mogliby powiedzieć, że obsłużyliby załadunek dział z zamkniętymi oczami.
-Bosmanie Banter – rzekł ktoś za plecami Jeremiasza dość znajomym głosem. Gdy łysy mężczyzna obrócił się drapiąc po zarośniętym policzku, zobaczył nikogo innego jak starszego działu.
Doświadczony marynarz przewyższał go rangą, w końcu odsłużył długie lata na Sekutorze, przechodząc chyba przez każde możliwe stanowisko, przy każdym z sześciu burtowych dział. Hobs Kennoch cieszył się powszechnym respektem, ale nie tylko w związku z pełnioną funkcją. Ludzie bosmana odwracali od niego wzrok, zwyczajnie w świecie bojąc się tego uśmiechniętego bruneta o kaprawym spojrzeniu. Nie miał na sobie zwyczajowej kamizeli odsłaniającej ramiona, jemu przysługiwał stosowny uniform. Marynarze pracujący przy maszynach zazwyczaj preferowali odzienie pozbawione rękawów, dookoła było dostatecznie dużo niebezpieczeństw, by nie chcieć ryzykować wkręceniem materiału w jakiś tryb.
Jeremiasz podszedł do mężczyzny, poganiając swych podkomendnych, by ci kontynuowali swe obowiązki. Zeszli z drogi wózkowi serwisowemu, który właśnie przejechał nieopodal wioząc zamienne części i zbiorniki z detergentami. Upewniwszy się że nikt ich nie podsłuchuje, przybysz ułożył dłoń na ramieniu bosmana, po bratersku i przyjacielsku.
-Jak, Jeremiaszu? Myślałeś nad moją propozycją? – Spytał dość uprzejmym tonem.
Bosman przejechał ręką po łysinie, ścierając zeń krople potu. Westchnął ciężko wspominając detale rozmowy jaką odbyli kilka dni wcześniej.
-To bardzo hojna oferta, dziękuję za okazane zaufanie.
-Nie musisz dziękować, jesteś bardzo solidnym brygadzistą – zaśmiał się starszy kolega klepiąc go po ramieniu i wyciągając papierosy, które z resztą zaproponował Jeremiaszowi. – Dyscyplina twojego oddziału jest na najwyższym poziomie, pozazdrościć. Przekażę ich wyniki i dobrą opinię głównemu wachtowemu, a co do prośby, którą miałeś, pomyślimy, pomyślimy.
-Cieszę się – bosman skinął głową, lecz gestem dłoni odmówił przyjęcia papierosa. – Dziękuję, są zmęczeni, zasłużyli sobie na kilka dni przepustki, a choć Port Wander wieje nudą i sztywnotą, nawet tam nie mieli okazji choćby zajrzeć do jakiegoś konkretnego zamtuza.
-Wszystko się załatwi, dbamy o swoich, Jeremiaszu. To jak? Zastanowiłeś się i jaką masz odpowiedź? Nie możemy dłużej zwlekać.
-No właśnie... – Bosman znów nerwowo pogładził wygoloną czaszkę, cmokając w niezadowoleniu i zwracając tym samym uwagę rozmówcy, który dobrze odczytał sygnały i wahanie w głosie. Przyjazny uśmiech z twarzy bruneta powoli wyparował zostawiając tajemniczy wyraz, ni to zawiedziony, ni to rozczarowany tym, że mimo jego intelektu, bosman nie może powiedzieć tego wprost, tylko miga się, kręci i zaraz będzie słodzić, by w końcu podarować gorzką pigułkę.
-Myślałem nad waszą propozycją – wznowił po chwili – i wielce mi schlebia, ale wolałbym jednak awansować po szczeblach przez zasługi w robocie, tak jak powinno być. Z resztą, chłopaki nadal potrzebują szkolenia, dobrze im idzie, ale wolałbym nie przerywać treningu, zmiana szkoleniowca mogłaby im zaszkodzić. Mam nadzieję, że zrozumiecie.
-Oczywiście – odrzekł brunet uśmiechając się ponownie. – Oczywiście, że rozumiem. No cóż, szkoda, miałem nadzieję, że wspomożecie naszą wspólną sprawę.
-To chyba nie popsuje naszych relacji?
-Oczywiście, że nie, Jeremiaszu. Powinieneś wracać do swoich ludzi, ja mam jeszcze kilka spraw w planach.
Skinęli sobie głowami na pożegnanie, a bosman odszedł z powrotem do swych ludzi zajmujących się skomplikowaną maszynerią.

Voren przygotował rytuał rozbudzenia ducha maszyny, jego bracia w karmazynowych szatach, skrywający twarze pod kapturami, zebrali się wokół konsoli kontrolnej. Spoglądając dalej, na mroczną pieczarę o stalowych ścianach, wspornikach i umocnieniach, szkielecie konstrukcji, dostrzec można było trzy jarzące się błękitem cylindry, zamknięte w konstrukcjach normujących przepływ plazmy i chłodzących reaktory. Ostatni, czwarty cylinder, był szary i nie buczał od przepływu energii. Mgiełki wilgoci odpadające od przewodów pompujących chłodziwo mroziły pracujących na uprzężach serwisantów, ubranych w grube termiczne odzienie. Mimo to, trzęśli się jak od arktycznego mrozu, ich maleńkie sylwetki zawieszone na łańcuchach, niektórzy w podwieszanych koszach, wyglądali jak mikre insekty czepiające się zewnętrznej pokrywy łuku plazmowego, szukając usterek.
Ostatnia z drużyn zaraportowała skończenie przeglądu, oddalając się od urządzenia, zwijając ekwipunek. Voren uniósł wpół zmechanizowaną dłoń, dając znak jednemu z podległych kapłanów technicznych, by rozpoczął inkantację. Brat Remigius skinął mu głową, był niżej komnaty kontrolnej Pierwszego Inżyniera, na podłodze wielkiej siłowni. Słowa w techna-lingua przypominały raczej wyszukane mechaniczne frazy, przerywane co i rusz głośnymi ostrymi sygnałami, generowanymi przez syntezator mowy. Te binarne impulsy kierowane były do blisko sześćdziesięciu serwitorów, dźwigających na własnych barkach wężowy przewód. To była wielka ceremonia, a zwykli śmiertelnicy, marynarze, którzy dostąpili zaszczytu pracy przy antycznej machinie, klękali w podziwie, czując elektryzującą obecność ducha maszyny drzemiącego w pielęgnowanym cylindrze. Wkrótce miał się przebudzić i przemówić do swych braci słowami życiodajnej i niszczycielskiej energii.
Przewód został podpięty do równie antycznego gniazda. Serwitorzy odstąpili, a naczelny kapłan Voren, rozłożył ręce szeroko, dając znać pozostałym braciom, by ci, przelali część tchnienia reaktorów w pozostały cylinder, zainicjowali święte reakcje i procesy. Z sakralną pieczołowitością bracia techniczni muskali klawisze, wznosząc modły, nucąc pod nosami cichą pieśń. Voren opuścił zautomatyzowany mechadendryt zakończony całą paletą narzędzi. Z między nich wysunął się wielozębowy klucz, ciężki, długi, odlany z brązu. Wsunął go w konsolę przed sobą, gdy po cylindrze reaktora tańczyć poczęły wyładowania czystej energii, łapane na szczęście przez konstrukcję obudowy. Pioruny strzelały hucząc i ogłuszając zebranych niżej ludzi. Kapłan przekręcił klucz, a wtedy impuls światła przeszedł przez całą długość cylindra! Najpierw tubus zaszedł czerwienią, następnie, w takt kolejnych inkantacji, zmieniał barwę na żółć, a dotąd mroźna atmosfera wokół niego wzrosła do stopnia, gdzie uchodzący co rychlej serwisanci musieli ściągać swe kapoty. Okrycie reaktora stało się w końcu białe, a po chwili błękitne, zaś temperatura nie do zniesienia i gdyby nie potężne elektromagnesy i systemy chłodzenia, jeden reaktor mógłby ich wszystkich spopielić. Brat Remigius i jego zastęp zmechanizowanych sług, odczepili przewód rozruchowy i wycofali się za ceramiczne przesłony. Voren pociągnął za ostatnią z dźwigni, a z podłogi, w górę, wysunęły się izolatory, szersze cylindry, puste, wyłożone materiałem pochłaniającym i odbijającym promieniowanie cieplne. W kilka minut sięgnęły sklepienia, izolując reaktory w bezpiecznych sarkofagach o ścianach grubych na dziesięć metrów.

Kuchnia pracowała pełną parą. Młodszy rożnowy Dibz miał najgorsze zadanie ze wszystkich. Tyle żołądków do wykarmienia, kolejna zmiana wraca z długiego dyżuru, ci mężczyźni i kobiety nie zaspokoją się żadną zieleniną, przecierem czy innym draństwem. Dla rozładowania powarpowej presji, z samej góry przyszły rozkazy, by podać ludziom pieczyste. Oficerowie mieli swoich kucharzy, a piloci i obsługa hangarów, swoich. Mistrz kuchni sprawował dozór nad wszystkim, dyrygując uwijającymi się w pocie czoła pomocnikami doprawiającymi dania. Dibzowi się tak nie obrywało, nikt nie brzęczał mu nad uchem, miał proste zadanie, stać przy wielkim elektrycznym piecu w odzieży ochronnej i pilnować, by nic się nie spaliło. Około setka udźców, drobiowych tusz i innych smakowicie wyglądających kąsków obracała się na ponad tuzinie zautomatyzowanych rożnów. Maszyna nie potrafiła ocenić która porcja była już gotowa i to było zadanie Dibza, niestety oznaczało to stać w ciągłym żarze. Spływały po nim rzeki potu i gdyby nie gogle żaroodporne, jego oczy dawno temu by wyschły. Usta chłopaka spierzchły, ręce drętwiały, od zdejmowania całych rożnów i zwlekania mięsa, nadziewania i z powrotem osadzania przy piecu. Osłon termicznych w ogóle nie było, mistrz kazał je wymontować, gdyż zakłócały przepływ ciepła i uniemożliwiały poprawne sprawdzanie jakości pieczonego mięsa.
Za półścianką znajdowała się stołówka, kucharze podawali całe gary gotowego żarcia w wyznaczone komory przy bufecie, wzdłuż którego mozolnie przesuwała się kolejka z tackami. Stołówka była ogromną salą samą w sobie, przyjemnie klimatyzowaną, istnym luksusem poza miarę młodszego rożnowego Dibza. Spoglądając przez ramię, ocierając czoło, chłopak chciał się znaleźć między pilotami, usiąść w tym przyjemnym pomieszczeniu, pogadać, zaprzyjaźnić się z kobietami i mężczyznami tak wielce poważanymi na pokładzie Sekutora. Niestety, Dibz nie potrafił niczego pilotować, generalnie nie wiele potrafił, może poza obsługą pieca, odrobinę znał się na robieniu sosów, lubił czytać, był człekiem pobożnym, myślał nad wstąpieniem w poczet misjonarzy kilka lat temu, ale płace w prywatnej marynarce były o niebo lepsze, nawet jeśli musiał użerać się z rożnem.
-Nie widzisz, pędraku, że ci się udziec przypala! Zdejmuj dwójkę! – Ryknął gruby łysy wąsal za jego plecami. Ubrudzony fartuch zwiastował kłopoty, ściera dotąd zatknięta za pas szybko znalazła się w dłoni mężczyzny, który zdzielił go nią przez łeb.
Dibz skulił się posłusznie, po czym zaczął odpinać rozgrzany metalowy pręt. W rękawicach dłonie się mu kleiły i ledwo zdołał opuścić łańcuchy spod sufitu, przypiąć je do zluzowanego rożna. Ręce mu drżały, czuł obecność przełożonego. Dysząc ciężko podciągał rożen, zastanawiając się czy w innych kuchniach i stołówkach na całym pokładzie są inni, którzy mają podobne problemy z tym zadaniem, czy tylko on go tak bardzo nienawidzi.
-Jak ściągniesz mięso zanieś je tam – szef wskazał na jedną z pustych przygotowanych tacy na dużym stole nieopodal. – Potem oczyść rynnę z tłuszczem, patrz ile się już smalcu wytopiło, zaraz się przeleje, tłumoku jeden, zwracaj uwagę na takie rzeczy!
Kucharz odszedł opieprzać kogo innego, a Dibz ciągnął stelaż na podwieszonej suwnicy. Rożen wisiał na łańcuchach i bujał się delikatnie, aż dziwo, że ludzie krzątający się obok nie nadziali się na żadną z ostrych krawędzi. Chłopak stanął w połowie drogi przepuszczając dwóch zmęczonych kucht dźwigających ogromny garnek pełen parujących warzyw.
Wreszcie dotarł do tacy, opuścił rożen i już miał zdejmować mięso. Oblizał się patrząc na apetyczne kąski. Od ciężkiej roboty strasznie zgłodniał i zastanawiał się, czy może sobie uszczknąć kawałek gdzieś z boku. Może nikt się nie pozna? Nie, lepiej nie, szef może gdzieś tam stać, a ostatni rożnowy, który podżerał sobie porcyjki, skończył szorując zbiorniki z odpadami.
Odczepił jeden z łańcuchów, tak by zsunąć mięsiwa jedną stroną i wtedy wpadł na niego rosły pomagier parowacza, imieniem Tren. Niósł właśnie dwie skrzynie obranych kartofli do stanowiska z szybkowarami i nie zauważył młodego Dibza nachylającego się nad tacą. Cała konstrukcja z metalicznym łoskotem spadła na podłogę, a z rożna pozbawionego podpory, skierowanego w dół, zjechały wszystkie porcje. Na chwilę cała kuchnia zamarła, obracając się w kierunku draki. Chwilową ciszę zakłócały jedynie gwizdy pary i skwierczenie smażonych potraw w olbrzymich przemysłowych kotłach. Tren zignorował chłopaka i szybko odbiegł z ładunkiem nie chcąc nawet czekać na nadejście nadzorcy, a zdezorientowany Dibz miotał głową w lewo i w prawo, próbując znaleźć jakąś poradę, co robić? Żadna z twarzy nie potrafiła mu udzielić odpowiedzi. Mężczyźni i kobiety błyskawicznie wracali do obowiązków, gdy nad Dibzem zawisł cień postawnego grubasa. Bali się, że i na nich posypią się gromy, na szczęście kuchmistrz był zbyt zajęty biedakiem z rozwalonym żarciem.
-Co to ma znaczyć?
-Szefie, ja wszystko wyjaśnię... To... – Chłopak odwrócił się widząc, że mężczyzna jest czerwony na gębie i gdyby mógł, strzeliłby z uszu parą jak jakiś szybkowar.

Carla kończyła właśnie posiłek i musiała przyznać, że był całkiem niezły. Siedziała przy długiej ławie ze swoimi kolegami, mieli na sobie zwyczajowe kombinezony pilotów, w końcu dopiero co wrócili z dyżuru. Przeczesała krótkie roztrzepane ciemne włosy rzucając okiem na ambaras odgrywający się w kuchni i ceremonialne sypanie obelgami. W blaszanym kubku została jej jeszcze odrobina zimnego owocowego kompotu.
-Aż mu trochę współczuję – zaśmiała się skinąwszy na chłopaka. Na przeciw Carli siedział wysoki blondyn o twarzy wyciosanej na kształt równych geometrycznych brył, Jorn był jak wyciągnięty z propagandowego plakatu, przygotowanego przez artystę, który używanie wygiętych linii uznawał za herezję. Był jej ko-pilotem i razem obsługiwali jeden z wielozadaniowych myśliwców na pokładzie Sekutora. Na końcu widelca wisiał kawałek mięsa i kilka ziarenek groszku, które mężczyzna szybko pochłonął.
-Niech się chłopak uczy – dodał od siebie. – Może się przekwalifikuje na coś bardziej godnego...
-No nie mów, że ci jedzenie nie smakuje.
-Smakuje, jest lepiej niż w marynarce – Jorn odpowiedział z udawanym wyrzutem. – Kiedy pilotowałem zrzutowiec dla jednego regimentu z Kinog, każdy kto nie był wysoko urodzonym lub jakimś oficerem przynajmniej, dostawał racje żelazne, bo munitorium zawsze miało ich naddatek i nie wiedzieli co zrobić. Jakiś błąd w papierach, dostawali zawsze trzy kontenery więcej.
-Jorn! – Rzekł inny z załogi siedzący kilka miejsc dalej, ciemnoskóry osiłek, który także skończył posiłek, ale odpoczywał sobie w towarzystwie popijając zimne trunki. – Opowiedz o tym, jak pędziliście z sucharów samogon.
Blondyn zaśmiał się nagle, gdy kamrat przypomniał pewien epizod z jego życia. Tuzin pilotów, mechaników pokładowych i innych z bliskiej komitywy transportowca D-206 zwrócili się w stronę Jorna i oczekiwali rozwinięcia tematu. Jeden z mechaników, który już raz słyszał opowieść został uciszony przez czarnoskórego, gdy sam zaczął się śmiać.
-Oj tam, każdy coś pichci na boku – odpowiedziała Carla śmiejąc się razem z nimi.
-Nie w tym rzecz, że pichci, ale co w związku z tym. – Partner gestem dłoni nakazał by się wszyscy uciszyli i nachylili w konspiracyjnym tonie. – No więc, to było tak. Jesteśmy od miesiąca w podróży. Okręt leci po nowo sformowane regimenty, same świeżaki, zaraz po szkoleniu. Ale, w tym czasie nic się nie dzieje. Mieliśmy taką jedną chimerę w ładowni desantowca na pokładzie ze sprzętem chemicznym, ale nigdy nie była używana... No wiecie, na wypadek, żeby zneutralizować jakieś kwasy, pianki do pryskania skażeń, takie tam. Zbiorniki i tak były puste, ale czyste i szczelne. My mieliśmy sucharów po pachy, tak je nam wciskali, że nikt i tak ich nie jadł, tylko wywalali do kibli, albo zrzucali gdzieś pod kratki, no wiecie. To nam się trafił taki jeden cwaniak... Jak mu było?
-Remi – podpowiedział kolega.
-Tak, Remi. Robił u pokładowego medyka, taki cinkciarz i pomocnik od wszystkiego... Powiedział nam, jak zrobić zacier i czego potrzeba, żeby ładnie fermentowało. To my w jednym zbiorniku chimery pichciliśmy to co dobre i spiralką w drugim się skraplało. Sucharów nigdy nie brakowało, a z odrobinką podwędzonych z kuchni drożdży udało się nam ukręcić całkiem niezłą dawkę. Wtedy się okazuje, że wychodzimy z warpu pół tygodnia wcześniej niż mieliśmy faktycznie wyjść, ot szybciej poszło. Lądujemy na planecie i nie mieliśmy, cholera, czasu rozmontować tego wszystkiego ani wypompować dobra! Na szczęście spiralę puściliśmy pod listwami metalowymi, tak, że nie było widać w razie kontroli. No... Wylądowaliśmy na polach zborowych, a regiment żółtodziobów czekał na przyjazd pułkownika. My siedzimy w kabinie pilotów, zesrani jak grox po makówie, a ten przyjeżdża. Nagle, w pobliskim sentinelu mała awaria, jakieś zwarcie, wystrzelił granat dymny i buch! Wszędzie kurzawa! Pułkownik był nie lada paranoikiem i nim wyszedł z gabloty to rozkazał, żeby zbadać i zabezpieczyć teren... Więc wbiegają te żółtodzioby do naszego desantowca po tą chimerę chemiczną, żeby mu wóz spryskać i zneutralizować jakieś tam substancje potencjalnie groźne. Po wskaźnikach widzą, że zbiorniki pełne, to nawet nie sprawdzali co w nich! I teraz... Ten pułkownik był taki płochliwy i dostał taką bandę idiotów, bo miał osobiste problemy więc mu wcisnęli cietrzewi co by się nimi zajął strzegąc jakiejś placówki na zadupiu... A problem miał taki, że niecały miesiąc wcześniej skończył terapię po odstawieniu alkoholu, a był w takim nałogu, że raz przepił wóz amunicji artyleryjskiej do bazyliszków... I tu nagle witają go potokiem czyściutkiego, siedemdziesięcioprocentowego, kilkakrotnie filtrowanego, jebiącego po hamulcach bimbru, prosto ze szlaucha... Prosto w ryj.
Kompani buchnęli śmiechem wyobrażając sobie minę pułkownika i to jakim gniewem musiał się unieść, gdy doszedł do wniosku, że to jego nowa jednostka otwarcie sobie z niego zakpiła.
-Zalewasz, Jorn... – Carla śmiała się szczerze, ale znając sposobność swego kompana do prawienia dowcipów gdy tylko nadarzy się okazja, nie mogła przepuścić okazji, by i tej historii nie poddać w wątpliwość.
-Prawdę mówi! – Odezwał się ciemnoskóry przyjaciel podpalając sobie papierosa. – Byłem tam!
-Znając ciebie, Bennings, wyżłopałbyś trzy czwarte zawartości i jedyne czym by go spryskali, to maleńki strumyczek – pilotka odpowiedziała.


Na mostku zebrali się wszyscy z moich przybocznych, nawet Butch przywlekł się z ambulatorium. Wyglądał jak szmata wyciągnięta psu z gardła, blady, wątły, podkrążone oko. Implant już mu działał, na szczęście obeszło się bez trwałych uszkodzeń, lecz nadal był słaby i miałem wrażenie, jakby najprostsze rzeczy analizował dłużej niż zwykle. Staliśmy przy holo-wyświetlaczu, Ingrid trzymała się nieopodal, czekając na sygnał by postawić w stan gotowości cały okręt. Garibald Butch, Thurim Sadar, Samuel Quiddy, oficerowie komunikacyjni, ogniowi, operatorzy, koordynatorzy lotów, wszyscy staliśmy przy zielonym obrazie przedstawiającym samotny porzucony statek pielgrzymów.
-Spróbujcie wywołać jeszcze raz... Do skutku – uprzedziłem, nim podoficer zdołał skomentować, że przecież ostatnie wywołania nic nie dały. Zaiste sytuacja wyglądała podejrzanie, na naszej drodze leżała...
-To pułapka – powiedział Butch.
-Oczywiście, że to pułapka. Sam okręt, na wielkim pobojowisku, z uszkodzonymi silnikami, systemem łączności i działającym transponderem wzywającym o pomoc w miejscu gdzie każdy może się ukryć – rzekł nasz sędziwy nawigator przygładzając brwi.
-Tutaj jest tyle złomu, że trudno odróżnić wygaszony okręt od wraku – Quiddy zagwizdał. – Sądzisz, że Fel się gdzieś tu czai?
-Możliwe – westchnąłem. – Ale ja bym tego nie zrobił na jego miejscu. Mógłby czekać w pobliżu, śledzić nas i zaatakować, kiedy znowu wchodzilibyśmy w warp. Jakby nam wtedy uszkodził silniki, unieruchomiłby nas na dość długo. Wie jednak, że Sekutor przewyższa klasą tą jego łupinkę i ryzykuje równie wiele. Nie, na jego miejscu zrobiłbym jakąś dywersję, ale poleciał dalej. W ten sposób my stracimy kilka dni na grę w podchody z duchami, a on je wykorzysta i dotrze pierwszy do naszego łupu.
-Słusznie powiedziane. – Zauważyła zbrojmistrzyni. – Hadarak stosuje sztuczkę gangów z podula.
Samuel aż się uśmiechnął na jej słowa i sam dodał:
-Co biorąc pod uwagę jego kaprawe pochodzenie, ma sens.
-Moim zdaniem powinniśmy minąć ten wrak i tak nikt tam pewnie nie dycha – zauważył Butch.
-Garibaldzie – Thurim odezwał się niezwykle czułym tonem. – Wrak czy nie, sprawka Fela czy kogo innego, nie ważne. Póki co ścigamy marzenia pewnego starca nie wiedząc tak na prawdę co tam znajdziemy, a to nie jest nasz pierwszorzędny cel w Ekspansji Koronusa, tak tylko przypominam. Tutaj mamy w gruncie rzeczy cały statek, tylko unieruchomiony. To konkretny zysk, gdyby go tak rozebrać na części i zabrać co lepsze komponenty, na rynku po drugiej stronie Paszczy to nie mały pieniądz.
-Obaj macie racje – musiałem stwierdzić. Ani mi się nie widziało zostawać tu zbyt długo, ani w najmniejszym stopniu porzucać okazji na łatwy zarobek. – Przelecimy nieopodal z małą prędkością, jedno skrzydło będzie miało dostatecznie dużo czasu by poczynić odpowiednie rozpoznanie..
-Postawić ludzi? – Spytał się Gillam Cort, który jako jedyny stał przy stanowiskach oficerów przeprowadzających augeryczne skany.
-Panie Cort, proszę oszacować czas do celu – rozkazałem, a ten posłusznie przeszedł do głównej konsoli nawigacyjnej, gdzie jego ludzie podali wyniki pospiesznie poczynionych obliczeń.
-Dwie godziny, trzydzieści sześć minut.
-Dobrze, wyznaczcie kurs tranzytowy, utrzymując odległość pięćdziesięciu tysięcy kilometrów od celu, gdy będziemy w tym zasięgu, możecie postawić wachty w stan gotowości. Póki co, kontynuować poszukiwania.

***

W zadymionej ciasnej komorze mostka, Hakon Avgar stał przed monitorem ogromnego okulusa – machiny ogniskującej wizję na dalekich odległościach. Kilka czerwonych lamp sygnalizowało stan podwyższonej gotowości. Brodaty kapitan zdjął z głowy bandanę okrywającą zlepione włosie. Był z niego kawał chłopa, a długi brunatny płaszcz z gadziej skóry obwieszony trofeami, głównie błyskotkami ze złota, srebra i kości rzadkich zwierząt opinał się na masywnych ramionach. Jego ludzie krążyli wokół stanowiska poglądowego. Zastępczyni, silnie zbudowana kobieta z grzebieniem barwnych włosów sterczącym jakoby kapelusz sam w sobie i kilogramami kolczyków zniekształcających twarz, aż nie mogła uwierzyć co też widzi na ekranie. Raz spoglądała na sylwetkę okrętu jaki wychwycił ich pokładowy teleskop, a raz na pustkę za oknami mostka, jakby chcąc porównać rozmiar z rzeczywistością. Jednostka była kolosalna, ale z odległości ponad dwustu tysięcy kilometrów, w ogóle niedostrzegalna gołym okiem.
-Co to jest?! – Spytał inszy zakapior o wytatuowanych ramionach także spoglądając nad ramieniem kapitana.
-To krążownik, idioto! – Warknął nań brodacz odchodząc od ekranu okulusa i wracając na tron za którym wisiały różnorakie trofea zdobiące ściany, w tym ludzkie czaszki. Kapitan Avgar splunął przeklinając los i namyślając się, podczas gdy pół tuzina podkomendnych korsarzy oczekiwało na jego rozkazy, by ponieść je dalej, do innych działów i do setek ludzi na służbie, setek spragnionych łupów.
-Nie taka była umowa! – Warknęła zastępczyni splatając silne ramiona i sprawiając, że skórzany gorset zaskrzypiał od naprężanych mięśni. – Hadarak co innego nam obiecał.
-Szefie?! – Spytał zramolały dziad siedzący za konsolą sensoryczną. – Oni są prawie na miejscu, aktywować minę?
-Chwile... – Mruknął kapitan szczerząc brudne wykrzywione zęby po czym zaraz począł się namyślać nad dalszym tokiem akcji. Kalkulował, co nie podobało się załodze, wyraźnie sceptycznej porywaniu się na krążownik.
-To jebany Dyktator! – Odezwał się jeden z osiłków niskim głosem. – Zmiecie nas działami, a jeśli ma na pokładzie bombowce i myśliwce, to nie mamy szans mu zwiać!
Ich mały raider był trzykrotnie krótszy, bardziej upakowany, szybki, owszem, ale przebić pancerz krążownika ze skromną baterią wieżowych armat i garścią dział laserowych na dziobie? Nawet jeśli coś przejdzie przez osłony takiego kolosa, to ledwo zadrapie jego pancerz. Nawet jeśli coś mu zrobią, to jeden raider miał zaledwie osiemnaście tysięcy ludzi w załodze, a Dyktatory latały z obsadą bliską dziewięćdziesięciu tysiącom. Przecież nie podlecą i nie zapukają do drzwi prosząc o oddanie krążownika.
-Pieprzyć Hadaraka! Niech się sam użera z takim skurwielem, chciał nas wrobić! – Dodał ktoś z tłumu. – Zawracamy, nie damy się zgnoić!
Wtedy Kapitan chwycił ze stołka tuż obok tronu swój czarny skórzany trikorn, wstał nasadzając kapelusz na łeb, wyciągnął pistolet i posłał pocisk z gorejącej plazmy prosto w twarz śmiałka, co przed chwilą wzywał do odwrotu.
-Stulić pyski... – warknął groźnie uciszając wrzawę w mgnieniu oka. – Mamy umowę, udział w zyskach jeśli przetrzymamy tego kabana trochę dłużej. Mamy minę, co go unieruchomi, to z niej skorzystajmy. Dwa statki, przeciw jednemu. My i Keiser, weźmiemy go w kleszcze, powodzimy trochę za nos po tym wrakowisku, zobaczymy jak się ten tłusty grox spisuje w trudnej przestrzeni.
Kapitan Avgar spojrzał na siwego starucha siedzącego za świecącym się od zieleni ekranem i skinął mu głową.
-Aktywować minę! Wszyscy na stanowiska! – Ryknął dowódca nadzorując przebieg przygotowań, a w końcu, z powrotem zasiadł na tronie. Tuż obok znalazła się jego zastępczyni, sama dotąd poganiała ludzi wrzeszcząc na nich i odgrażając się co też im zrobi, jeśli nie postarają się w czas.
-Skontaktuj się z Keiserem, niech czeka – rzekł kapitan w konfidencji. – Zobaczymy czy Fel nie kłamał...
-Obiecał nam spory łup, a to jest spory krążownik, szefie – powiedziała, a w jej głosie było obecne zwątpienie.
-To Dyktator, powinien mieć myśliwce i bombowce... W przypadku zagrożenia, powinien je rozesłać i zabezpieczyć perymetr... – Hakon spojrzał na kobietę i uśmiechnął się podle. – A jeśli ich nie wyśle, to co to oznacza?
-Że to oszukana gablota... – zastępczyni szepnęła odpowiadając uśmiechem. – Jeśli nie ma myśliwców, to może nie ma i większości zespołów.
-Fel się chwalił, że zebrał ciekawe informacje o tym okręcie i zna jego słabe strony. Zobaczymy czy nie blefował. W razie czego, przekaż Keiserowi, żeby nie ryzykował. Jak tylko to bydle pokaże zęby, wiejemy i staramy się go trochę pociągać po tych złomach. Wedle umowy, gramy na zwłokę.

Z obu stron nadlatywały dwa małe okręty kryjąc się między wrakami, manewrując skrupulatnie i wymijając wiszące w ciemności bezkresu skupiska złomu. Ich kadłuby, nieco bardziej nieregularne, korpulentne, zdawały się być różnorodną zbieraniną kształtów dobudowanych na kadłubie lekko opancerzonej korwety. Kilka silników promieniowało jasnymi wyziewami pchając je na przód, ciągle przyspieszały co i raz buchając z ogromnych dysz korekcyjnych wspomagających w obraniu odpowiedniego kursu. Na sensorach widzieli olbrzyma sunącego stałą prędkością nieopodal unieruchomionego statku pielgrzymów. Trzy wieże z armatami obrały już cel, bateria czterech laserowych dział usadzonych symetrycznie zaraz pod dziobowym klinem wymagały mniej korekt.
W pół godziny pochłonęli blisko sto tysięcy kilometrów lecąc w pełnej ciszy, skracając diametralnie dystans do celu, między nimi zostało drugie tyle i byli gotowi otworzyć ogień, lecz nagle obserwowany krążownik przyspieszył!
Oślepiający blask promieniowania i okrutnego żaru wylewał się z jego tylnych dysz! Musiał zauważyć aktywowaną minę, jaka podążyła w ślad za nim, gdy tylko podleciał bliżej zastawionej pułapki! Mozolnie obracał się w ich kierunku, kierując pancerny klin dziobowy wprost na mniejszy okręt, jakby spodziewając się ich nadejścia! Minuty mijały powoli, a manewrowanie przy takich prędkościach oznaczało walkę z potężnymi siłami! Raider uruchomił retro-dysze, próbując wytracić skumulowaną inercję i zerwać się do kolejnego zwrotu, gdy załoga na augerycznym zbliżeniu zauważyła, że pod dziobem krążownika nie znajduje się zwykła lanca energetyczna, standardowa broń służąca do przepalania się przez kadłub wiązką, którą mogły powstrzymać jedynie tarcze pola siłowego... Zamiast tego na dziobie krążownika znajdowały się podłużne śluzy, na karmazynowo-złotej obudowie frontowego klina właśnie otwarła się para luków torpedowych! Odległość między okrętami była coraz mniejsza, a wtedy dziób adwersarza spowiły blaski wyrzucanych z impetem pocisków, każdy napędzany swym własnym reaktorem. Torpedy w kilka chwil przyspieszyły do stopnia, gdzie pochłaniały setki kilometrów w mgnieniu oka, każda przypominała rozmiarami i budową antyczne machiny, którymi niegdyś ludzkość wynosiła na orbitę Świętej Terry pierwsze satelity. Choć raider starał się zmienić kurs i zawrócić, torpedy były zbyt szybkie! Wchodząc w szeroki łuk wyciskali co się dało z silników, cały okręt trząsł się próbując ujść z drogi nadlatującej śmierci!
Odezwały się stanowiska obrony! Dziesiątki małych wieżyczek poczęły szyć ze sprzężonych działek gorejącymi wstęgami metalu, wiązkami laserów, starając się strącić torpedy coraz bliżej, już w zasięgu obrony krótkiej. Dwa jarzące się punkciki urosły, teraz stanowiąc pomarańczowe pierścienie promieniowania dysz, zaćmione masywnymi sylwetkami! Na pokładach wzniesiono alarmy, syreny wyły, a każdy dział pospiesznie uszczelniano na wypadek wyrwania dziury w kadłubie! Sylwetki torped przeszły przez pola siłowe jak przez mgłę, te nie były w stanie powstrzymać równie masywnych obiektów!
Pierwsza torpeda z łatwością wbiła się w burtę. Głowica zanurkowała między składającymi się miękko płytami metalu, dookoła powstałej wyrwy syczały wichry wysysanego powietrza, w prawie tym samym momencie druga torpeda przebiła się przez miękkie podbrzusze raidera, i gdy już zdawało się, że będzie po wszystkim, nastąpiły eksplozje. Niemal symultanicznie, w takt błysków i piekielnego promieniowania, kadłub napęczniał w dwóch różnych miejscach, na krótką chwilę, gdy wybuch wystrzelił osmalone strzępy w ciemność przestrzeni, dokładając masy odpadów do całego złomowiska! Z okrutnych wyrw sypały się iskry, błyszczała rozszarpana elektryka, a sam raider migotał jakby usiłując zachować w sobie resztki kontrolowanego przepływu energii. W końcu sekcja za sekcją gasła, z dysz przestała się sączyć energia, sparaliżowany i wykręcony pokracznie kadłub dryfował wirując delikatnie targnięty ostatnim zrywem plazmowych głowic.
W tym czasie drugi raider, po przeciwnej stronie, wszedł w daleki zasięg swych laserowych dział. Cztery stałe wiązki zalśniły w czarnej przestrzeni, lecz najmniejsze odchylenia na odległościach rzędu stu tysięcy kilometrów zaowocowały tym, że lasery nie trafiły krążownika. Niektóre mijając go o kilkaset metrów, inne uderzyły w odległe antyczne wraki wytapiając w nich nowe dziury.

-Nie trafiliśmy! – Rzekł jeden z ludzi sterczący nad konsolami stanowisk prowadzenia ognia, przy których podkomendni uwijali się w panice, modląc o to, by kapitan dał rozkaz do odwrotul.
-Widziałem! – Hakon warknął zdegustowany. Krążownik nie rozpuścił skrzydeł eskorty, zamiast tego zmiótł towarzysza torpedami. Wszystko widzieli na swoich ekranach czując jak żołądki podchodzą im do gardeł.
-Keiser nie odpowiada! – Jego zastępczyni siedziała kilka kroków dalej, na małym wypiętrzeniu, przytulała do ucha jedną słuchawkę zestawu łącznościowego.
-Wywołuj go dalej! Wy, nawrót na bakburtę! – Kapitan rozkazał sternikom. – Nie dostanie nas, trzymamy się poza zasięgiem torped.
Okręt kapitana Avgara uciekał jak szybko tylko mógł. Wróg pokazał, że choć skrzydeł osłonnych nie ma, być może ich wcale nie potrzebuje. Analizowali sytuację, naradzając się, a ich mała łupinka wykonywała długi zwrot. Na ekranach widzieli, że przeciwnik widocznie ich świadom, także mozolnie obraca swój kadłub, chcąc wycelować dziobem w nich. Tak kolosalna jednostka musiała się nieźle siłować redukując swój pęd i ciężko nadrabiając burtowymi dyszami. Minuty mijały a dwa żywe kształty w basenie martwych kadłubów, toczyły grę z czasem. Jedna rzecz była pewna, by krążownik ugodził ich kamrata, musiał mieć zmodyfikowane torpedy. „Krótko-palne”, tak je zwali. Silniki zostały tak podkręcone, by paliwa i mocy starczyło jedynie na godzinę działania, skracając skuteczny dystans niemal o połowę, aczkolwiek uzyskując druzgoczącą przewagę prędkości. Nawet jeśli utrzymają ten dystans nie będzie to dostatecznie duża odległość by uciec przeciwnikowi! Jeśli nie w najbliższe pół godziny, to ewentualnie torpedy ich dopadną, chyba, że spróbują szczęścia, wyłączą wszystkie podzespoły poza najbardziej bazowymi jak podtrzymanie życia i ruszą w bezwładny dryf w pustkę, udając dziurę w kosmosie. Teoretycznie powinni być dla wroga niewidzialni, choć skoro znajdowali się w cichym biegu przed atakiem, a ten był ich w stanie tak szybko namierzyć i dostroić do nich kurs, oznaczało to, że musiał już ich wykryć. Kto wie, czy i teraz nie popisze się podobną sztuczką.
-Szefie... – Rzekła zastępczyni spoglądając na zielonkawy ekran swego stanowiska. – Wywołują nas!
-Kto? Keiser? – Głupie pytanie, brodacz sam się przeklął. Nawet gdyby Keirser żył, miał tak rozpruty okręt, że nie wiadomo, czy w ogóle z nim odleci, a jeśli tak, to na pewno nie powinien się teraz odzywać.
-Ten krążownik, Sekutor. – Kobieta stwierdziła znów przytulając słuchawkę do ucha.
-Daj ich na ekran! – Hakon przeklął i spluną na ziemię, powstał, prostując stary płaszcz i przygotowując się na odebranie połączenia.

***

Carla dopinała ostatnie klamry na hełmie i masce respiracyjnej. Wraz z partnerem przeprowadziła już testy, całe skrzydło było w gotowości, zaś pokłady startowe w burtach Sekutora tętniły życiem. Kanciaste formy Furii ugrzęzły w prowadnicach niosących je do luków, z których miały zostać wystrzelone. Załoga pokładu startowego uwijała się w ukropie, kończąc tankowanie zbiorników z tlenem, ładowanie uzbrojenia. Sam myśliwiec był dość przestrzenny, mieli dwójkę pilotów, strzelca przedniego i kapłana technicznego nadzorującego pracę silników.
Jednostek bojowych nie mieli zbyt wiele, zaledwie dwie eskadry, większość miejsca w lukach okrętu zajmowały dodatkowe magazyny i flota skromnych transportowców wielce przydatna w przemycie. Okręty klasy Dyktator miały renomę lotniskowców, i tak też były używane, więc podchodzono do nich z rozwagą, zostawiano je w spokoju, bojąc się chmary bombowców i myśliwców, które pozwalały zdobyć przewagę nad większymi okrętami. Sekutor sprawiał takie właśnie wrażenie, spokojny moloch, strzeżony reputacją swej klasy, a tak na prawdę idealna machina szmuglerska machina. Większość kontrabandy była stale zapakowana w transportowcach, które w każdej chwili można było poderwać, odesłać w daleką pustkę, by te dokonały zrzutu przesyłki w mroki kosmosu, gdzie ta bezpiecznie będzie sobie dryfować i w razie kontroli, wszystko jest w najwyższym porządku. Sekutor mógł jednym kursem wszystkich transportowców przenieść to co konwencjonalny okręt targowy ładował kilka dni.
W słuchawkach hełmu usłyszeli serię komend wzywających do składania meldunków. Carla podłączyła kaseton z filtrami do odpowiedniego gniazda, rura łącząca jej maskę z pokładową rezerwą tlenu wypełniła się chłodnym i orzeźwiającym gazem.
Otaczała ją konsola pełna wskaźników i ekranów pobłyskujących paletą jaskrawych barw. Razem z manipulatorami wypełniała kokpit do stopnia, gdzie mógł się wydać klaustrofobiczny i ciasny. Korytarz do przedziału skromnej maszynowni i włazu głównego wypełniały kable, które także nie pomagały w uczynieniu Furii komfortową, natomiast stanowiły świetny uchwyt przy próbie przemieszczania się w stanie nieważkości. Kawałek za nimi znajdowało się wejście do ciasnego tunelu, którym strzelec czołowy wczołgiwał się na swoje równie ciasne stanowisko. Cole Irwing właśnie wskoczył do cholernej dziury, klnąc pod nosem, że się nie wyspał, i że w ogóle to inna zmiana powinna być na ich miejscu. Masywny Jorn, jej partner, siedział wygodnie w swoim fotelu nie narzekając, zaś Carla nie mogła się nadziwić, jakim cudem ten wielkolud w ogóle mieścił się w kokpicie. Przeprowadził już testy elektryki i zabezpieczył konsole. Carla w tym czasie testowała nawigację w centralnym kogitatorze, na ekranie pojawiła się informacja, o kolejnych podzespołach przeprowadzających symulację działania, zgrywaniu mapy poglądowej i kalibrowaniu nawigacji z tą z Sekutora. Wskaźniki paliły się, igły drgały, skacząc od minimalnych do maksymalnych pozycji i z powrotem do wyjściowych, a pilotka po kolei potwierdzała sprawność każdego segmentu.
-Automatyka sprawna – rzekła do mikrofonu w masce, zaś reszta załogi usłyszała jej głos zniekształcony elektroniką interkomu. – Hydraulika sprawna.
-Akumulatory na dziewięćdziesiąt osiem procent – powiedział Jorn. – Lampy i ostrzeganie sprawne, gaśnice sprawne.
Ich maszyna spowiła się mrokiem, gdy ramiona prowadnicy wsunęły myśliwiec w wyprofilowany luk. Światła osprzętu pokładowego dostarczały jedynej iluminacji okraszając brązowe kombinezony mieszaniną zielono-żółtą łuną. Szarpnęło nimi, gdy przejął ich mechanizm wyrzutni, byli kontrola czekała na ostatnie potwierdzenia stanu gotowości.
-Prowadzenie ogniem sprawne – dodał Cole ze swojego stanowiska.
Carla głośnym pstryknięciem przestawiła szereg przełączników w konsoli nad głową, po czym przełączyła kanał komunikacyjny na kontrolę lotów.
-Mokry pies cztery, potwierdzamy gotowość, proszę o zezwolenie na zapłon.
Po dłuższej chwili przyszła wiadomość zwrotna w postaci szumiącego w voxie głosu kontrolera.
-Mokry pies cztery, macie zezwolenie na inicjację.
Na tą komendę czekali, Jorn uruchomił odpowiednie podzespoły, natomiast cichy kapłan w tylnej części maszyny zaczął swe inkantacje. Ceremonia rozbudzenia serca maszyny była prosta i krótka, w porównaniu z tym co przechodzili kapłani sprawujący pieczę nad maszynownią krążownika. Sam kapłan był zgrany z silnikami jakby te stanowiły jego część, słuchał ich i mówił do nich, zaś wewnętrzne kogitatory interpretowały słowa w binarnym języku kliknięć, piśnięć i elektronicznych impulsów generowanych przez scalone z nim implanty. Plazmowe generatory zajarzyły błękitem, Jorn odłączył akumulatory, zaś elektryczność przyjemnie zabuczała w przewodach i podzespołach, myśliwiec karmił się mocą plazmy i miał się w jak najlepszym stanie, gotów do wyruszenia na misję.
Znajdowali się w pełnym pościgu za uciekającym okrętem, jeden z pirackich raiderów, z którym nie powinni mieć problemu. Zadawali sobie pytanie czemu Sekutor nie rozgromi ich salwą z burtowych dział i czy faktycznie warto ich ścigać? Skromna łupinka w porównaniu z krążownikiem dynastii Fistów, czegóż mogli odeń chcieć? Tak czy inaczej, nie im było odpowiadać na pytania: to w końcu sprawa kapitana i samej góry, ludzi, których Carla praktycznie nie widziała na żywo lub jeśli w ogóle to z daleka.
Zaczęło się odliczanie, numery na wyświetlaczu kontekstowym, światła sygnałowe oraz dźwięki. Na końcu luku rozwarły się kolejne przesłony śluz i pancernych okryw, wyjżeli na ogrom i czerń pustki poznaczoną białymi punktami odległych gwiazd. Zrobiło się jakby ciszej, gdy wokół Furii zabrakło atmosfery. Czuli drgania maszyn prowadnicy, szczęk metalu i uchwytów na kadłubie był wyraźny, lecz hałas pracy pokładu startowego zaginął. Odliczanie wreszcie dobiegło końca...
Świat nagle przyspieszył! Zostali wciśnięci w fotele, zaś Carla pchnęła w przód przepustnicę, gdy znajdowali się na samym końcu luku. Furią zachybotało, stracili czucie sztucznej grawitacji, a z wizjerów myśliwca widać było wszechobecną czerń oraz niezliczone mroczne kształty wraków zatopionych w kosmosie. Po obu stronach towarzyszyły im myśliwce ich eskadry, równie szybko oddalające się od Sekutora coraz mniejszego w perspektywie rosnącego dystansu.
-Tu mokry pies jeden – zabrzmiał w słuchawkach niski i szorstki głos dowódcy skrzydła, Malcolma Frenna. – Podwójny eszelon.
Przyjęli komendę i szybko skorygowali kurs. Formacja wykonała ciasny zwrot i skierowała się na jedyny jasno błyszczący punkt w oddali – silniki uciekającego raidera. Na ekranie kogitatorów widzieli go wyraźnie, został stosownie powiększony i przeanalizowany. Kilkadziesiąt kilometrów dalej nacierała druga eskadra złożona z furii, obie zajęły szyk gotując się do ataku na silniki wroga. Wystarczył jeden dobry nalot. Ich maszyny co prawda miały mikre szanse unieruchomić wroga, ale zdecydowanie mogli pozbawić go mocy, spowolnić na tyle, by krążownik mógł go złapać. W obu eskadrach mieli po dwadzieścia maszyn zdolnych uderzyć w najsłabiej chronioną część przeciwnika. Łącznie czterdzieści salw po dwa pociski niekierowane, mniejsze wersje ładunków przenoszonych przez bombowce. Kompensatory inercyjne działały z pełną mocą korygując kierunek lotu, sprzęt obliczał odległość od wraków i przeszkód na drodze, dając pilotom znać z jakim wyprzedzeniem powinni wprowadzać korekty kursu, by wyminąć wrak przy utrzymywanej prędkości. Bez spowalniającej grawitacji cały czas przyspieszali, dysze silników błyszczały błękitem, zaś dwie eskadry przemieszczały się przez mroki Pobojowiska niczym maleńka konstelacja.

***

Typ z którym przyszło mi rozmawiać stanowił karykaturę dobrego korsarza. Odział się w najpodlejszą skórzaną kapotę jaką udało mu się znaleźć i doprawdy nie miałem pojęcia czemu. Przecież jako kapitan statku, nawet tak małego mógł sobie pozwolić na pralkę, nie wspominając już o czystej koszuli. Starałem się być w miarę dyplomatyczny, więc powstrzymałem się od skomentowania stanu jego owłosienia, w jakie wetkną chyba po jednym egzemplarzu najmniejszego obiektu znalezionego na pokładzie, przypominając raczej bezdomnego, który z jakiegoś powodu uznał, że kąpiel w beczce breloków i liturgicznych wisiorków lepiej służy na cerę aniżeli mydło. Jego załoga także pozostawiała wiele do życzenia, spoglądając im w oczy spostrzegłem głębię kompetencji należytą susłowi zatrudnionemu do pracy owczarka.
Przyglądałem się im spokojnie, gładząc się po krótkiej brodzie, chłonąłem bełkot. Tak po prawdzie zależało mi bardziej, by zamaskować chęć buchnięcia śmiechem, aniżeli by wydać się śmiertelnie poważnym. Widywałem podobnych piratów, którzy nosili się z godnością, zaś ubiór jak i generalny styl przylgnął doń w efekcie wypraw i życia... Ci natomiast „ciężko próbowali” wyglądać na piratów, odgrywali swą rolę nie najgorzej, ale wrażenie po kilku chwilach prysło, jak humor po powtarzanym zbyt często błazeńskim gagu.
U mojego boku stała Ingrid Garrow, bardziej z zainteresowania, niż z jakiegoś konkretnego powodu. Pracowała z wieloma oprychami w trakcie swej kariery, nawet zanim się poznaliśmy. Po minie jaką przyjęła moja twarda jak stal i zahartowana bitwami towarzyszka, odczytałem, że takiej bandy klaunów jeszcze nie widziała.
Kapitana tamtej łupinki... A Imperator wie, że tytułowanie tego obmierzłego dziada kapitanem było ostatnią rzeczą jaką chciałem zrobić, unikając porównania naszych rang... Kapitana tamtej łupinki słuchałem ze szczególną uwagą, ponieważ w przeciwieństwie do panikującej załogi, zachowywał zimną krew. Na tyle na ile było to możliwe, rzecz jasna. Miał zatem jakąś kartę do zagrania, liczył, że dobijemy targu, choć sam nie wiedział jeszcze jak. Na ekranie widziałem cały mostek raidera i miotającą się po nim załogę, która informowała o zbliżających się eskadrach. Na Sekutorze niestety nie mieliśmy żadnych bombowców, ale oni nie mieli żadnych sposobów ich identyfikacji, więc póki co nasz blef zdecydowanie nam służył. Nim myśliwce wejdą na bliższy zasięg miało minąć jeszcze niecałe pół godziny.
-Uciekamy bo zniszczyliście naszego towarzysza! – Ryknął Hakon – I ślecie za nami bombowce!
Udając zdezorientowanego wyznaniem, przekrzywiłem lekko głowę w takim teatralnym zamyśleniu, którego nauczył mnie wujek ze strony matki, notabene, straszny hajduk i kobieciarz, ale z niesamowitym podejściem do ludzi. Zgrywał niezainteresowanego sprawą, traktując ją jak coś błahego i pobocznego, zupełnie jakby ktoś przerwał mu rozwiązywanie krzyżówki. Za każdym razem gdy z kuzynem Thadeusem o coś go prosiliśmy, snuliśmy jakieś plany, usiłowaliśmy dać mu znać co chcemy lub jakoś go wmanewrować, ten udawał, że nic nie rozumie i, że jest zajęty myśleniem o czymś innym. Po pewnym czasie sami mówiliśmy mu o co chodzi, zbyt zmęczeni graniem przenośniami i sztuczkami. Chciałem, by Hakon poczuł się w ten sam sposób. By uwierzył, że jego łupinka dołączy do listy zniszczeń, a my będziemy się przednio bawić wywiercając mu dziury w kadłubie. Chciałem, by to sam do mnie przyszedł ze swoją kartą i ujawnił na czym mu zależy, a nie odwrotnie. Jak z resztą mawiał Quiddy, negocjacje najczęściej wygrywa ten, kto kontruje i zbija stawki na swą korzyść. Prawda była taka, że nie chciałem marnować drogiej torpedy na ich raider, zaś nasze myśliwce mogły wyrządzić co najwyżej powierzchowne uszkodzenia. Oddalali się zbyt szybko, byśmy mogli ich dogonić, ale była jedna rzecz, którą chciałem się dowiedzieć odnośnie ich umowy z Hadarakiem Felem.
-Ach, no tak... – odpowiedziałem na zarzut uśmiechając się uprzejmie. – Wybaczcie, mamy wiele na głowie, jestem dziś taki roztrzepany. Wyszliśmy z warpu z kilkoma problemami w filtrach wody. Wiecie jak to jest, jak wszystko nagle smakuje miętą? Nie znoszę miętowych podróbek. To znaczy sama w sobie, zaparzona jest w porządku, dobrze robi na żołądek, ale na przykład draże miętowe? Lub herbata pomieszana z miętą? A jeszcze gorzej, zupa! O zgrozo... – przechadzałem się po mostku, od sterowego koła, obecnie odłączonego od systemów, po wygodny fotel, zaś Hakon obserwował mnie z coraz bardziej rozdziawioną gębą, nie mogąc uwierzyć, że znowu lekceważę ich nawoływania.
-Słuchaj no, Fist! – zbliżył się do swego ekranu. – Wiesz, że my nie bralibyśmy się za twój okręt, zostaliśmy wrobieni. No... Chłopie, takie interesy, zjawił się koleś i zagwarantował nam od groma tronów w sprzęcie i złocie, ale też nas wystawił. Mieliście nie mieć bombowców żadnych, tak mówił... Rozumiesz, nie? Nie mamy się co gniewać, od nas nie ucierpieliście przecież.
Czyli jednak Fel sprawdził co mamy na pokładzie. To musiało znaczyć, że uważnie nas obserwował, w to, że miał szpiega szczerze wątpię, ale tak długo przygotowywał plan pozyskania kamienia i mapy zaginionego skarbu, że mógł przekupić z wyprzedzeniem część obsługi Portu Wander, która przecież „prześwietlała” wlatujące jednostki na obecność kontrabandy.
-Koleś? A jaki koleś? Z chęcią złożyłbym mu wizytę. Wiesz, Hakon, przyjacielu, jestem w tych stronach dość nowy, dlatego też nie rozumiem skąd ta cała agresja. Chciałbym to sobie wytłumaczyć z tym człowiekiem. Wiesz gdzie mogę go znaleźć?
-Szefie! Te bombowce zaraz tu będą! – krzyknęła zastępczyni kapitana Avgara, odrywając na chwilę wzrok od swojego stanowiska.
-Ten gość nazywa się Fel... Lokalny, z parszywego rodu. Zatrudnia nas od czasu do czasu, do łupienia jakiś płotek i takich tam. No wiesz, jak dobrze zapłaci, to my latamy gdzie sobie życzy... Może masz kogoś na głowie? No wiesz, możemy się dogadać, zrobimy za pół darmo, co ty na to?
Gdy przemawiał dałem delikatnie gestem dłoni znak Cortowi, by wdrożył wcześniej ustaloną zmianę kursu. Raider uciekał od nas, nabierał dystansu, na wypadek gdybyśmy wystrzelili torpedę. Mógłby przy odrobinie szczęścia zrobić unik, ale musiał pozostawać ciągle przed nami. Nasze maleńkie wychylenie sprawiło, że i on musiał nieznacznie zmienić kurs.
-Fel? Gdzieś to słyszałem... Czekaj, czy to nie ten handlowiec paszą dla zwierząt z Bilani?
-Rogue Trader, jak i ty! I zabijaka, ma wielu przyjaciół w Ekspansji! Nie wiem jak się z nim skontaktować bezpośrednio, zazwyczaj robi to jego kobieta, taka psykerka. Ona się zajmuje kontaktami, to jego prawa ręka!
Parsknąłem i splotłem ramiona, nie mogąc wytrzymać dłużej rozbrajającej i nieporadnej argumentacji.
-Jak widzisz – skinięciem głowy wskazałem na Ingrid u mego boku. – Kobiet ci u mnie dostatek, jak i u ciebie... Co ta psykerka Fela specjalnego wnosi do naszego równania?
-Dobra, dobra, słuchaj – Hakon coraz bardziej panicznie dyszał spoglądając na ekran z punkcikami symbolizującymi nasze myśliwce. – Hadarak nie ma oficjalnego portu operacji, swoje brudy pierze po ciemku, interesy dobrze kryje, ale ta jego laska prowadzi oficjalny i legalny interes, przez który upłynnia zdobyte łupy. Nie znam szczegółów, bo dobrze się maskują, wiem jedynie, że dokonywaliśmy kiedyś dla niego zrzutów kontrabandy w pobliżu agro-świata Ntharis i ona za każdym razem kontaktowała się z nami z jednego i tego samego frachtowca, żeby wręczyć wypłatę. Kompania Handlowa Lokis-Tars!
Wreszcie podał mi konkret. Na tym mi zależało, nawet jeśli Fel mnie ubiegnie, to nie rozmyje się i nie ucieknie. To oczywiście mógł być blef, ale patrząc po bladej gębie Hakona zauważyłem, że spod fasady twardziela wyszedł przerażony gość, który zdał sobie sprawę, że jest poza swą ligą. Nie kłamał. Co innego ja.
-Wielkie dzięki, Hakon – rzekłem na zakończenie i odciąłem połączenie. Na ekranie komunikacyjnym pojawiła się dwuwymiarowa wersja hologramu poglądowego, umiejscowienia naszego okrętu, ich, oraz naszych myśliwców.
-Rozkażcie eskadrom atakować ich silniki manewrowe. Powtarzam, silniki manewrowe.

***

Hakon przeklął i podszedł do wyświetlacza sytuacyjnego. Jego oficerowie robili co się dało by podkręcić silniki o jeszcze kilka procent. Wrzeszczeli do interkomu łączącego z maszynownią i poganiali, nie szczędząc gróźb.
-Zmienia kurs, odbija na naszą sterburtę – powiedział stary, jednooki nawigator kreślący coś na kartuszu nieopodal stanowiska.
-To na co czekasz? – Warknął Hakon – Odginajcie nasz na przeciwną, zwiększymy dystans.
-Może rezygnują? – Spytała pstrokata zastępczyni.
-To czemu gnają za nami bombowce? O nie, on chce nam wyłączyć silniki, ustawić się bokiem i pieprznąć salwą, czuję to w trzewiach. Obsadzić wieżyczki! Zestrzelić ich ile się da! A wy, korygujcie kurs.

Raider oddalał się coraz bardziej pewien swego, zaś maleńkie myśliwce wreszcie znalazły się w zasięgu pozwalającym na identyfikację. Nadleciały od rufy, gdzie wróg nie miał praktycznie żadnej ochrony, poza gorejącymi dyszami, zdolnymi zniszczyć większość pocisków piekielnym żarem. Na całym kadłubie rozsiane były małe wieżyczki obrony przeciw nalotom, dziesiątki sprzężonych i załadowanych działek, obróciły się w kierunku, z którego spodziewali się ataku, gotowi do zasypania kosmosu tonami ołowiu i rozświetlenia dziesiątkami energetycznych wiązek. Lecz bombowce wroga zmieniły swój cel, odbiły nagle z niesamowitą zwrotnością, w ogóle bombowcom niepodobną i prześlizgnęły się wzdłuż kadłuba na tyle szybko, że wieżyczki ledwo nadążały nawracać i obierać nowe cele. Nastała konsternacja, gdy ktoś zidentyfikował je jako Furie, zwyczajne myśliwce. Posypały się pierwsze salwy, wstęgi gorącego metalu próbowały dogonić śmigające jednostki, lecz nikły w przestrzeni. Myśliwce nacierały bardzo szybko i trzymały się zbyt blisko kadłuba, by większość wieżyczek mogła ich w ogóle dosięgnąć. Nic specjalnego nie zrobiły, po prostu przeleciały na dziób raidera. Okrętem kilka razy szarpnęło, operatorzy wieżyczek widzieli krawędzie płomiennych kołtunów, efektów eksplozji. Wszystko trwało dosłownie chwilę, myśliwce odbiły z kursu i oddaliły się, manewrując zgrabnie między koncentracjami ognia, zaś ten z czasem ustał. Eskadry były w bezpiecznej odległości i wracały na odległy krążownik.

Na mostku nie mogli uwierzyć w swoje szczęście. Hakon Avgar, kapitan raidera, oparł dłonie o ekran nawigacyjny i cicho zarechotał. Jego ludzie jakby oprzytomnieli z całego amoku i uspokoili się. Spoglądali na dowódcę wyczekując jakiś wyjaśnień.
-To wszystko? – Spytała zastępczyni. – Garstka myśliwców?
-Chciał nas nastraszyć. Hah! Niezła sztuczka, Fist... Niezła sztuczka – odpowiedział korsarz.
-Myśliwce wracają na ich krążownik, szefie – zaraportował młodszy mężczyzna z obsługi augerycznych sensorów.
-Ten ich okręt nadal się oddala?
-Tak, nadal odbija, a nawet zawraca, jesteśmy bezpieczni, poza zasięgiem...
-No to świetnie – Hakon wyprostował się i otarł czoło z potu, powoli wracając na swoje siedzisko. Wciąż czuł jak wali mu serce, musiał się czegoś napić.
-Powinniśmy powiadomić Fela – zastępczyni nalegała.
-Najpierw się stąd wynieśmy, wyprowadźcie nas z tego wrakowiska.
-Robi się...
Załoga Avgara powróciła do normalnych obowiązków. Nawigatorzy wytyczali kurs, zaś do odpowiednich sekcji napływały raporty o wyrządzonych uszkodzeniach, które na pierwszy rzut oka były dość powierzchowne.
Hakon rozsiadł się w fotelu, chwycił kielich stojący tuż obok i pstryknięciem palców wezwał służbę, która dolała mu wina. Delektował się smakiem, a po chwili zaczął nabijać fajkę, by uspokoić nerwy.
Jeden z podwładnych przyciskał słuchawkę do ucha i nerwowo coś notował, zaś oficer nawigacyjny po raz drugi powtórzył, by zmienili kurs. Z maszynowni przyszedł meldunek zwrotny, że próbują go zmienić, ale nie mogą. Silniki na rufie działały bez zarzutów i raider cały czas przyspieszał, lecz z jakiś powodów nie mogli wpłynąć na stałą zmianę trajektorii lotu. Przed atakiem myśliwców odginali kurs względem kierunku ścigającego ich krążownika, skręcając na jedną z burt, zaś teraz niezależnie jak się starali nie mogli uruchomić części dysz.
-Szefie! – Oficer od kontroli uszkodzeń właśnie odebrał zatrważające wieści. – Rozwalili nam silniki manewrowe!
Hakon zmarszczył brwi podrywając się z fotela i podchodząc do stanowiska podwładnego.
-Co?
-Ten nalot... Uszkodzili nam silniki po obu stronach kadłuba, nie możemy zmienić kursu.
Stary nawigator, gdy to usłyszał, przeraził się i pobladł. Z dłoni wypadł mu cyrkiel, który szybko podniósł z podłogi i zaczął dalej kreślić.
-Niech to szlag – przeklął, garbiąc się nad ekranem nawigacyjnym. – Nanieście wraki na mapę! W systemie manualnym! Już!
Dopóki automatyka machiny mogła z wyprzedzeniem korygować kurs, wrakowisko nie stanowiło żadnego zagrożenia, lecz teraz starzec wiedział, że znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Na wyświetlaczu pojawiły się setki obiektów, które ich raider wymijał z coraz większą trudnością. Jeden z masywnych wraków minęli zaledwie sto metrów od wizjerów mostka.
Nawigator wprowadzał dane, prędkość, stałą zmianę kursu i porównywał z wrakami jakie znajdowały się przed nimi. Zamarł w bezruchu, gdy wektor kursu ich okrętu przeciął się z wektorem dryfu jednego z ogromnych poskręcanych wraków, zdecydowanie większego od nich.
-Cała wstecz! – Krzyknął nagle, ściągając na siebie uwagę reszty załogi, w tym Hakona, który widząc przerażoną minę starca, nie miał zamiaru się kłócić. Podbiegł bliżej ekranu i zawtórował:
-Słyszeliście go! Całą wstecz!
Lecieli zbyt szybko, byli tak zajęci uciekaniem przed krążownikiem i jego torpedami, że rozpędzili mały raider do prędkości trudnych do wytracenia. W kilku kolejnych chwilach całym okrętem szarpnęło, musieli się trzymać poręczy i uchwytów, gdy dysze silników hamujących odezwały się z pełną mocą!
Było za późno. Przed raiderem znalazł się kolosalny wrak, bryła zbita z wielu statków, poskręcanych ze sobą i straszących szkieletami wypatroszonych konstrukcji. Pędzili nań jak na złamanie karku, choć starali się opóźnić lub choćby złagodzić efekt zderzenia.


 Gillam Cort odstąpił od stanowiska augerycznego i powiadomił mnie o spektakularnej eksplozji. Na naszym hologramie śledzona kropka przestała istnieć, zaś rozbłysk był zbyt daleki, byśmy mogli nacieszyć nim oczy. Myśliwce miały wkrótce wrócić z dobrze wykonanego zadania, zaś mi było ich trochę szkoda. Był okres w moim życiu, że ceniłem cyrki, raczej jako niuans, do którego żywię po dziś dzień pewnego rodzaju sentyment. Nie mogliśmy pozwolić, by ostrzegli Fela, zaś marnowanie cennych zasobów też mi się nie widziało. Amunicja do myśliwców jest zdecydowanie tańsza niż torpeda.
-Dać rozkaz zbadania tego transportowca? – Spytał się trwający na stanowisku Garibald.
O tym już faktycznie zapomniałem, lecz zaiste pozostała sprawa statku wzywającego pomoc. Z daleka wyglądał na pasażerski model, masowiec zaadaptowany do przewożenia ludzi biedniejszej tłuszczy, podobne modele zanosiły pielgrzymów na odległe rubieże Imperium. Zwiedzali sobie miejsca z pozoru ważne, gdzie jakoby przed setkami lat stąpał jakiś święty, a potem okazywało się, że nie stać ich na powrót i byli zmuszani służyć jako tania siła robocza. Nim zaś uzbierali pożądaną kwotę okazywało się, że mają już porządne stanowiska, dach nad głową i stabilne życie, zaś powrót w rodzime strony wcale nie gwarantował, że zastaną swe domy i poprzednie posady wciąż zarezerwowane. Pielgrzymi od kolonizatorów i pionierów różnili się zatem tym, że ci drudzy mieli na tyle oleju w głowie, by podpisać korzystny kontrakt przed wejściem na pokład. I właśnie taka mentalność była mi na rękę.
-Podprowadźcie nas na dziesięć kilometrów. Trzymajcie ludzi w gotowości, jak coś się tam zacznie mącić, rozwalić mi to salwą z burty. Idę do gabinetu. Cort, przejmujesz mostek.

W kolejnej godzinie nawiązaliśmy kontakt. Przynajmniej tak wynikało z raportów, jakie załoga donosiła mi do prywatnych kwater. Moje wstępne przypuszczenia były słuszne, to byli pielgrzymi. Zostało ich niewielu, podtrzymywanie życia ledwo zipało, więc na ich szczęście zjawiliśmy się w samą porę by ocalić blisko trzysta osób. Jeden z misjonarzy chciał się ze mną osobiście spotkać, przywódca grupy, podziękować za okazaną pomoc, na co nie miałem najmniejszej ochoty. Quiddy wszystkim się zajął i sypał wymówkami o ważnych sprawach jakimi byłem niby zajęty, choć tak na prawdę siedziałem wygodnie wyciągnięty na fotelu przeglądając zapiski o firmach działających w Ekspansji. Braciszka najprawdopodobniej nie ucieszyłaby także szczera prawda o decyzyjnym tle ich ocalenia, do którego nigdy by nie doszło, gdyby nasze transportowce były pełne ładunku, jak to zazwyczaj bywało. Marnować dobrą kontrabandę na tanią siłę roboczą? Hah, dobre sobie. Tak czy inaczej mieli nas za bohaterów i wznosili modły do Imperatora ze wspaniałymi intencjami i choć sam uważałem się za człowieka oszczędnego w swej pobożności, uznałem, że kilka setek świętoszków to dobry omen na dalszą podróż przez warp, jaka jeszcze nas czekała. Być może demony immaterium zrezygnują z prób przedarcia się na pokład słysząc ich nieustanne modły.
Wracając zaś do Fela i jego rodu, zastanawiało mnie skąd też ten prostak ma aż takie zainteresowanie moją dynastią. Dorwanie skarbu mego przodka stanowiło dla niego ważny priorytet, działał z rozwagą i wyprzedzeniem, nawet jeśli jego okręt pozostawiał wiele do życzenia. Hadarak uszył sieć wpływów i kolaborantów, gotowych spowolnić nas, wyśledzić, przeanalizować z czym przybywamy i wiedzieli kim jesteśmy. Może to była wiedza powierzchowna, ale zdradzała przygotowanie, jakiego z początku nie przewidziałem. Skoro zatem miał pieniądze i wpływy by zmobilizować stosowną dywersję, powinniśmy spodziewać, że w najbliższym czasie znajdziemy więcej pomocników Fela. Jeśli przyjdzie do konfrontacji możemy wdać się w walkę z większą siłą. Flota małych statków, trzech lub czterech dodatkowych raiderów, dobrze dowodzonych i zgranych, do tego fregata którą Hadarak dowodził, to już mogło być starcie godne rozważnego podejścia i zaangażowania.
Następnego dnia byliśmy w dogodnym miejscu by wejść w immaterium. Zostawiliśmy Pobojowisko za sobą, dorzucając się do wspólnej puli coś od siebie. Być może to była faktyczna natura Pobojowiska? Konieczne miejsce przystanku dla wszystkich wyprawiających się do Ekspansji, stało się za razem świetnym miejscem na zasadzki i tak od wielu, wielu wieków wróżąc komuś zgubę. Przybyliśmy ten mały przesmyk kilkadziesiąt godzin temu, a zostawiliśmy po sobie trzy wraki, z czego jeden, statek pielgrzymów, padł ofiarom spisku wymierzonego bezpośrednio w nas. Przy takim obrocie dać tej masie metalu unoszącego się w pustce jeszcze kilka mileniów, a pewnie obrośnie we własną grawitację.
Ponownie weszliśmy w warp, tym razem było nieco spokojniej, jakby moje życzenia wobec pielgrzymów się sprawdziły, choć nawigator i jego zespół zapewniali mnie o rozprężeniach pływów energii. Wiedząc o Ekspansji co wiedziałem, wolałem stać na mostku i osobiście sterować okrętem. Przez wizjery widzieliśmy chmury fioletu i różu, niczym kosmiczne mgławice, po obu naszych burtach. Rozciągały się leniwie i musiały mieć kolosalne rozmiary skoro widzieliśmy je aż tak dokładnie. Co jakiś czas pole Gellera błyszczało od srebrzystych iskier, pochłaniając skumulowane na powierzchni ładunki, ale i mówiąc wiele dobrego o naszym dotychczasowym kursie. Kumulacja potencji była szczątkowa, zaś pole odpychało pływy eteru z tak zwanym wyprzedzeniem. Może brzmię teraz zbyt technicznie, i sam ledwie to rozumiem, ale według Thurima i Vorena to coś na zasadzie wydawania się zbyt silnym, by immaterium w ogóle chciało się zbliżać, takie strzały ostrzegawcze... Sam nie wiem, kiedy mi to tłumaczyli, w metaforze użyli kanapki z szynką, granatu oraz głodnego Butcha.
Minęło kilka dni, według czasu spędzonego w warpie, około sześciu, choć cholera wie ile na prawdę. Zdarzało się tak, że okręty przybywały na miejsce zanim weszły w immaterium po przeciwnej stronie, choć trudno było to sprawdzić, sam nie wiem, czy to jakiś błąd w obliczeniach, mit, czy prawda, ale doświadczyliśmy nie raz czegoś podobnego. Jeden kurs z Mosul na Cantus przeskoczyliśmy w niecałe dwadzieścia minut, a potem się okazało, że w rzeczywistej przestrzeni zaginęliśmy na dwa miesiące. Innym razem pracując na zlecenie Ordo Hereticus, skakaliśmy z Barsapine do Regulusa i przybyliśmy trzy tygodnie przed przewidzianą datą, a wszystko za sprawą najmniejszych podmuchów i zniekształceń. Warpu nie dało się przewidzieć ani zrozumieć, nie działał korzystnie, w najlepszym przypadku po prostu nie przeszkadzał, podobnie jak awanturniczy kuzyn na oficjalnym przyjęciu, słynący z zapalczywości, lubości do alkoholu i okropnego buractwa, który akurat postanowił, że tym razem przesiedzi grzecznie przy stole i zadowoli się herbatą.
Zebraliśmy się na mostku, gdy Thurim oznajmił, że czas najwyższy opuścić immaterium. Dla wielu była to pierwsza wizyta w niesławnej Ekspansji Koronusa, skrawku kosmosu na samej krawędzi galaktyki, przestrzeni co zabrała ze sobą wielu śmiałków, by ich nigdy więcej nie wypuścić. Była pełna skarbów, legend, wciąż nieodkrytych światów, oraz potworności, jakie po wiekach malowano na skrawkach map w postaci monstrów o tysiącach macek – to zawsze był dobry omen, opowieści o potworach przynosili najczęściej spici marynarze, chcąc odwrócić uwagę od faktycznie cennych odkryć i zniechęcić wścibskich.
Przepłynęliśmy przez wir dzikiej energii i wróciliśmy do rzeczywistego świata a powitała nas najspokojniejsza i najpiękniejsza panorama kosmosu jaką w życiu widziałem. Znajdowaliśmy się kilka dni drogi od najbliższego portu, przystani ustanowionej przez Imperium przed wiekami. W tym miejscu, zaraz po przejściu mieliśmy wspaniały wzgląd na plejadę odległych mgławic. Po naszej prawej stronie Światy Winterscale’a, malujące się niczym dorodny szafir otoczony mroźną mgłą, dalej obłok Gwiazd Hetheńskich, od których dzieliły nas miesiące lotu, a które z naszej perspektywy, wyglądały jak anielskie skrzydło uszyte z rubinowego dymu. Tam gwiazdy migotały kolorami, jak diamentowe okruchy, sprawiając wrażenie, że można po nie sięgnąć gołą ręką i obłowić się. Przed nami znajdował się dysk fioletu i bieli, choć powinienem to raczej nazwać najstabilniejszym wirem ze wszystkich warpowych wyrw w rzeczywistości. Tam gdzie w warpie huczał istny cyklon, tam w naszym wymiarze pływały gwiazdy i światy, krążąc wokół niewidzialnej grawitacyjnej studni. Za tą barwną anomalią, pięła się pionowo rdzawo-czarna smuga, przypominająca grzyb, na który ktoś naciągnął bardzo pomarszczoną starczą skórę. Obłok był niesamowity w tym jak wiele detali dawał do pracy wyobraźni. Następna była gromada gwiazd Przeklętej Domeny, dopraszająca się podziwu. Przypominała różowy welon oplatający jedną gwiazdę o potężnej mocy, która biła w oczy ostro białym światłem. Zaś za tym całym niebem cudów trwała ciągnąca się od lewa do prawa potworność – Szczeliny Hecatonu – masa wrogich kształtów, przypominająca długi szlak z wyprutych krwistych wnętrzności, obrośniętych mackami łapczywie sięgającymi ku innym cudom, a wszystko rozmyte w coś na kształt czerwonej chmury. To jedno z tych miejsc, skąd nikt nie wracał i skąd nikt nie miał żadnych wieści, a to już szczery powód by się bać. Nawet pijany marynarz, który plecie opowieści o potworach, nadal jest żyw, znaczy, że niezależnie jak twarde te potwory by nie były, jemu udało się przeżyć... O Szczelinach Hecatonu natomiast nie było żadnych opowieści. Prymitywne ludy na rozwijających się planetach lękają się by nie odpłynąć zbyt daleko w morze, by nie spaść z krawędzi świata, zaś śmiałkowie Ekspansji Koronusa mieli dokładnie to samo przeświadczenie i ten sam lęk spoglądając w tą złowróżbną masę, zupełnie jakby ta była uosobieniem samej Galaktyki, mówiącej: „Dalej was nie puszczę!”
Do Szczelin było jednak daleko, zaś my mieliśmy inne sprawy na głowie. Przed nami znajdowało się Footfall, bezpieczna przystań oraz rozwiązanie zagadki obiecanej mapy. Cóż, może trochę tutaj koloryzuję, Footfall jest bezpieczne dla tych co wiedzą jak się weń poruszać, gdyż od dłuższego czasu stanowi przystań dla wszelkiego rodzaju rzezimieszków, fanatyków, zabójców, gangów, magnatów, korsarzy, handlowców i generalnie wyjętych spod imperialnego prawa. Ja tam się czułem jak w domu, tylko jedzenie mieli co najwyżej rudymentarne. Może powinienem sprostować, na wypadek, gdyby ktoś sobie pomyślał, że przez myśl przyszło mi zniżać się do poziomu najbardziej pospolitego elementu przyczółku, otóż byłoby to kłamstwo. Footfall cieszyło się specjalnymi względami, nawet pośród Imperialnej Marynarki, właśnie za sprawą swego osobliwego statusu. Nie było planetą, nie było stacją, nie było statkiem, ani niczym konkretnie pomiędzy, więc nie dało się go zaklasyfikować pod niemal żadne z praw handlowych, czy celnych, a przez to można było tam dostać, sprzedać i kupić dosłownie wszystko. Marynarka zaopatrywała się w dobra z czarnego rynku, który tam był zwyczajnym rynkiem, swobodnie krążyła tam najróżniejsza informacja i technologia, a zatem i pieniądze były znaczne. Gdzie pieniądze, tam i dekadencja, a gdzie dekadencja miesza się z powszechnym brakiem nadzoru, tam osoby o strasznie wyuzdanych gustach, wiedzące czego szukać i do kogo zagadać, czuły się jak u siebie.
Zanim zebrałem swą załogę i wziąłem sobie Secutora, pływałem po ekspansji kilka razy, jeszcze z moim kuzynem, lecz wolałem się nie dzielić tymi informacjami zbyt otwarcie. Być może poruszę sprawę w swoim czasie, dość jednak powiedzieć, że wizyta w Footfall zawsze pozostawiała na mnie niemałe wrażenie. Bo jak inaczej zareagować na wpłynięcie w świat wyglądający jak olbrzymia układanka połączona mostami, kablami i generatorami, świat skalistych wysp dryfujących w cmentarzysku zniszczonej i wygaszonej planety. Wyobraźcie sobie świat zabudowany miastami, który jakiś gwiezdny mocarz chwycił w łapska i rozerwał, zaś którego mieszkańcy starali się go ocalić narzucając na odlatujące odłamki sieć łańcuchów o ogniwach wielkości okrętów. To oczywiście dość romantyczna wizja, zaś Footfall pewnie zbudowano na zwykłym pasie stabilnych asteroid utrzymywanych w rozsądnej odległości od siebie przez rozpięte konstrukcje, odłamy miasta, które wyrastało z każdej strony, jakby za nic miało koherentne pojęcie o grawitacji. Sztuczne pola oznaczały, że można było przejść sto metrów luksusową promenadą, by trafić na załom wyglądający jak przepaść, po której to ścianie zwyczajnie spacerowali ludzie, jak po podłodze. Dość rzec, że taka kolej rzeczy nie sprzyjała dobrym relacjom żołądkowym, a przez to w Footfall panowała dziwna atmosfera, którą koneserzy mogliby nazwać „śniadaniem nowicjuszy”, jakkolwiek dosłownie to interpretować.
Secutor zacumował w Bramie Oliasza, bezpiecznym doku w samym centrum formacji asteroid, gdzie zbudowano największą platformę łączącą dwie kolosalne skalne masy. Na wstępie powitały nas rzeźby najzamożniejszych fundatorów, jedna unosząc wysoko dłoń, zaś druga dumnie eksponując łydkę, jedyną część jaka pozostała po wizerunku Norbina Franda, kupca o gabarytach tak nieproporcjonalnie szerszych niż dłuższych, że prędzej czy później musiało dojść do kolizji. Ciało Nrobina, odłupane całe dwa wieki temu, rzekomo nadal dryfowało gdzieś przez bezkres pustki, strasząc nadlatujące okręty.
Monumentalna gotycka architektura przypominała gościom, że znajdowaliśmy się w bezpiecznej przystani nie tylko dlatego, że ewokowała najprzyjemniejsze cechy Imperialnej administracji, ale także dlatego, że kipiała od wież i wieżyc, baszt, długich gmachów zwieńczonych łukami, które zdawały się rywalizować ze sobą w antycznym powolnym konkursie na to, kto jest najostrzej zakończony.
Ten rejon Footfall dawał mi jedną przewagę, mogłem rozpuścić załogę po trudnej przeprawie na krótki postój, żeby się tak odrobinę zrelaksowali po nieprzyjemnej wizycie w Paszczy, a za razem nie ryzykować, że się porzygają i rozchorują jeszcze bardziej łażąc po załomach grawitacyjnych i usiłując znaleźć kierunek powrotny na pokład.
Uzupełniliśmy zapasy od ręki dzięki naszej nowej przyjaciółce, która okazała się niezwykle pomocna, pociągając za odpowiednie sznurki. Niestety, jak to w silnych burzach immaterium bywa, Secutor odniósł kilka pomniejszych szkód, nic czego nie dałoby się naprawić lub wymienić. Mówiąc o wymianie, Samuel znalazł człowieka, któremu mieliśmy przekazać księgę. Niemniej, był jeszcze jeden mały problem.

Wraz z drużyną Ingrid staliśmy w korytarzu, przed drzwiami do mego gabinetu. Przez całą podróż korzystałem z gościnnych komnat, chcąc pozostać jak najdalej od tego cholerstwa. Choć zapewniano mnie, że nic się nie stało, że emanacja ustała, wolałem się nie obudzić z kikutem trzeciej ręki na ramieniu, tylko dlatego, że poszedłem spać zbyt blisko zalążka dzikiej energii, skorego rozdawać śmieszne mutacje, jak szczodry wujek czekoladę dzieciom. Odblokowałem dostęp do gabinetu, wstukując na pobliskiej konsoli aż sześć haseł. Ingrid spoglądała się na mnie jak na paranoika, więc uśmiechnąłem się, dodając:
-Nawet jeśli mnie tam nie było, wiesz jak cenne są kapitańskie dzienniki w nieodpowiednich rękach.
Panna Garrow uśmiechnęła się i skinęła głową w odpowiedzi, dobrze rozumiejąc zamiłowanie do sekretów. Oczywiście miała rację podejrzewać mnie, że szczególnie po naszej konfrontacji z monstrum w jednej z kuchni, bałem się ponownego spotkania, ale nie mogłem tego okazać. Tym bardziej, że to był mój gabinet, o ile demon potrafił manifestować się w sztućcach i tacach, strach pomyśleć co by było, gdyby dobrał się do mej kolekcji pamiątek łowieckich, flint, drogich alkoholi, oraz zbioru poezji liturgicznej – to ostatnie trzymałem z sentymentu do babki.
Drzwi wreszcie się rozstąpiły, znikając w ścianach z cichym sykiem. Latarki podwieszone pod strzelbami grupy uderzeniowej, omiotły wnętrze gabinetu smugami światła. Żebra oparcia krzeseł rzucały na ściany długie pręgi cieni, zaś ja miałem okropne wrażenie, że zaraz coś na nas wyskoczy. Dlatego też pozwoliłem, by Ingrid szła przodem ze swymi ludźmi. Wszystko zdawało się w najlepszym porządku, może poza zebraniem nadzwyczajnej warstwy kurzu. Szklanka z herbatą, a w zasadzie po herbacie, stała sobie na biurku, zaciemniona osadem z wyschniętego napoju.
Odetchnąłem z ulgą, gdy udało się przywrócić zasilanie i rozświetlić gabinet lampionami. Ściana z sejfem nadal była zaspawana, więc szybko zajęła się nią grupa naprawcza. Palniki poszły w ruch, iskry sypały się na rozłożone fartuchy z elastycznego tworzywa. Dobrze, że pomyśleli o zabezpieczeniu, strach było pomyśleć co by było, gdyby przypalili mi dywan.
-Ciekawe to Footfall – wtrąciła panna Garrow stając u mego boku i przyglądając się pracy serwitorów i ich nadzorców.
-Pozwiedzałaś sobie?
-Trochę. Zabrałam zasłużonych z poprzedniej zmiany. Mieli zejść w Wander, rozprostować nogi, wydać trochę tronów, ale sam wiesz, ta cała sprawa, nagły odlot, przerwanie przepustek. Chłopaki nawet do porządnego zamtuza nie zawitali.
-Zrozumiałe – rzekłem po chwili, oceniwszy jej słowa. – Zauważyłem, że odkąd ruszyliśmy do Ekspansji zbliżyłaś się ze swymi ludźmi. Poświęcasz im mnóstwo czasu.
-No cóż… Starają się grać twardzieli, ale boją się, jak wszyscy.
-Czego dokładnie?
-Ekspansji… Ma reputację.
-Zahartują się, nie obawiaj…
-Nie martwię się nimi, ale tym, że z czasem coś się na pewno stanie. Czy to przez chorobę, straty w walce, czy cokolwiek, będziemy musieli uzupełnić załogę, zaprowadzić gdzieś zaciąg. W Calixis jest wielu maniaków i popaprańców, ale ich znam, wiem jak myślą, co cenią i takie tam, znam swoją załogę. Tych tutaj, nie znam wcale.
Miała dobry powód by nie ufać ludziom z Ekspansji, zaiste myśleli odrobinę inaczej, byli bezwzględnymi oportunistami. Inny typ nie przeżyłby poza Paszczą dłużej niż rok, chyba, że jakiś chroniony pielgrzym, ale nawet im się dostawało, po prostu parasol bezpieczeństwa nad ich głowami otwarty był nieco dłużej, aż organizator pielgrzymki, przeważnie jakiś hochsztapler, nie wyciągnął z nich reszty pieniędzy, zostawiając na jednej z wielu planet poszukujących taniej siły roboczej, bez grosza na powrót. Administracja nie narzekała, bo w ten czy inny sposób Imperium kolonizowało nowe światy, zaś to oznaczało same korzyści w dłuższej perspektywie. Spojrzałem na Ingrid uśmiechając się uprzejmie i poklepałem koleżankę po ramieniu.
-Obawiasz się nad stan. Traktuj lokalnych jak wszystkich, daj im wycisk i nagródź za wysiłek, a nie będą sprawiać problemów.
-Mówisz, jak byś ich dobrze znał.
-Bo dobrze znam. Mój kuzyn handlował dobrami z Ekspansji, po pewnym czasie wymienił całą załogę na tutejszych. Czarujące typy.
Zapiszczał sygnał interkomu, a w tym samym momencie odpadła ciężka płyta, którą ekipa naprawcza odcięła od ściany w mym gabinecie. Sejf był tak powyginany, jakby coś zeń starało się uciec, drewniane okładziny ścian – strzaskane i obrócone w drzazgi. Stal naciągnięta, kilka nitów puściło, trzeba będzie klepać, kuć i łatać, a już myślałem, że skorzystam z gabinetu. Gdybym w takim stanie przyjmował interesantów wyglądałoby to śmiesznie. No cóż, przynajmniej zabiorę kilka pamiątek by udekorować tymczasowe biuro. Kazałem rozprawić się z drzwiami od sejfu, w końcu o normalnym otwarciu nie mogło być mowy, a sam podszedłem do naściennego komunikatora.
-Merin Vant do was – odezwał się głos Samuela, gdy tylko wcisnąłem przycisk odbioru.
-Kto?
-Przyjaciel naszego kartografa.
-Ma ze sobą mapę?
-Mówi, że ma. Przekaże, jak tylko odbierze księgę.
-Przyprowadź go tu, mamy do pogadania.

Jegomościa usadziłem przed biurkiem. Ludzie panny Garrow oraz ona sama, rozsiedli się wygodnie w głębi gabinetu, nieopodal regału z dokumentami. Poczuli się docenieni zaszczytem przesiadywania na kapitańskiej kanapie, choć w samym meblu nie było nic specjalnego. Przyjmowałem tam ludzi różnej klasy, więc najczęściej używane meble miały być raczej wytrzymałe, aniżeli kosztowne, odporne na plamy i takie tam, ale dla tej grupki mięśniaków była to chyba najwygodniejsza kanapa na świecie. Pozwoliłem by zostali, chciałem, żeby ten chudy siwowłosy bibliotekarz o nich pamiętał. Spojrzałem leniwie na otwarty sejf po przeciwnej stronie, w zasadzie rozcięty. Na półeczce wciąż leżała walizka, srebrna, ozdobiona, nie było na niej ani jednej rysy. Choć wnętrzem sejfu coś poniewierało, coś chciało wyleźć i wyrwać się na zewnątrz, na samej walizce nie było najmniejszego wgniecenia. Kazałem ją przynieść, zadania podjął się serwitor, zaś obsługujący go technik uśmiechał się przepraszająco nie chcąc wziąć do ręki przedmiotu.
Siwowłosy mężczyzna obejrzał pudło i zacmokał.
-W liście od mojego przyjaciela, który wasz seneszal był łaskaw mi przekazać podczas pierwszego spotkania, opisywał dość zawile konkrety odnośnie mapy.
-Ale macie ją? – Zapytałem, mrużąc brwi.
Merin skinął głową w ciszy i wyprostował się na krześle.
-To, że opisał ją zawile, to była dla mnie swoista wiadomość, że tak się wyrażę. Taki stary „kod”. Oznacza, że to co szukacie jest raczej niebezpieczne i rzadkie, oraz, że trudno będzie to dostać, zaś na wypadek odkrycia, miałbym problemy.
-A mieliście?
-Na szczęście nie… Jeśli można spytać, czego szukacie w Światach Winterscale’a? Przecież tam są same pustki i co najwyżej dzikie anomalie. Podróżowanie w świecie materialnym jest tam niebezpieczniejsze, niż dryf w Warpie.
Znałem tych cwaniaków. Te ciekawskie twarze tak zwanych bibliotekarzy. Taki był z niego znawca literatury co ze mnie zegarmistrz, żeby jednak naświetlić kim konkretnie był Merin Vant, pozwólcie, że zrobię tu małą dygresję, może rozjaśni to każdemu skoremu do dalekich wypraw jak odróżniać charaktery. Oficjalnie w Imperium i poza nim są wszelakie profesje, najróżniejsze, podobnie jak prawa i przepisy. By jednaj je rozszyfrować i wiedzieć do czego tak naprawdę służą, trzeba umieć czytać pomiędzy liniami, by odkryć, że prawo, które oficjalnie broni podrzędną planetę przed klęską głodową, jest przepisem sprzedającym prawa monopolu w handlu żywnością jednemu z kolosalnych koncernów. Podobnie było z ludźmi. Bibliotekarz, skryba, starzec siedzący na bezpiecznym, chronionym stanowisku, ze znajomością pism i regulaminów, archiwizujący historie razem z brudami. Merin Vant był handlarzem informacji, taka była jego prawdziwa rola i właśnie starał się jakąś pozyskać.
Nachyliłem się nad biurkiem i beztrosko westchnąłem, dodając:
-Sprawy rodzinne. Nie ma co się nad tym głowić.
-Rozumiem… - odpowiedział „bibliotekarz”, powoli otwierając srebrną walizkę i zaglądając do środka. Uśmiechnął się i zamknął pokrywę. – To wasi krewni po niebezpiecznych rejonach latają. Ktoś wam zaginął? Czyżby misja ratunkowa?
-Pana zainteresowanie dobrem mej rodziny jest doprawdy wzruszające, dziękuję z całego serca – pozwoliłem, by te słowa zabrzmiały nieco cynicznie, dając starcu znać, że wiem w co pogrywa, a ten szybko zmrużył oczy, zaś po chwili się uśmiechnął.
-Dzień przed waszym przybyciem – wznowił – w Footfall pojawił się pewien Rogue Trader. Nie to, że ich tu mało…
-Przyjrzałem się okrętom, macie ruch.
-Otóż właśnie. Ale tylko on, poza wami, rozpytywał się o Światy Winterscale’a. To znaczy, jego popychla, sam go nie widziałem.
-Ktoś z jego załogi przybył do pana?
-Nie. Ale mam swoje oczy i uszy. Jeśli zatem zależy wam na bezpieczeństwu tego „krewnego” to radziłbym się spieszyć – powiedział, wyciągając z kieszeni po wewnętrznej stronie czarnej kapoty, długi arkusz złożonej mapy i kładąc go na stole, zaraz przede mną. – Tamten kapitan ma dość okrutną reputację.
-Zdążyłem zauważyć.
-A wy macie większy okręt – zaśmiał się, podejmując walizkę. – W każdym razie, to tyle między nami. Mapa wskazuje system Magoros, normalnie odradziłbym podróż, ale widzę, że wy już zdecydowaliście.
-Jeśli można spytać. Skąd dobra wola i darmowa rada? Szczególnie to ostatnie, rzadko kiedy darmowe rady są tanie.
-Jak powiedziałem – starzec wzruszył beztrosko ramionami. – To system Magoros. Stamtąd niewielu wraca. A wy macie duży statek. Jeśli nie wrócicie, to wieść o waszej ostatniej lokacji będzie dość cenna dla poszukiwaczy wraków, a jeśli wrócicie, to mam jednego więcej zadowolonego klienta. I tak na przyszłość… Te mapy zostały celowo wykreślone z powszechnych rejestrów, musiałem spalić kilka przysług, ale umowa, to umowa – uniósł walizkę, by pokazać o co mu chodzi. – Następnym razem, będę potrzebował solidniejszej rekompensaty.
-Tronów, czy informacji?
-Panie Fist – Merin uśmiechnął się uprzejmie, nie udzielając odpowiedzi wprost, ale po wyrazie twarzy odczytałem, żeby nie ubliżać jego inteligencji. Oczywiście, że chodziło o informacje. Na swej pozycji zapewne miał pełno funduszy, ale tylko jedna rzecz stanowiła tarczę i broń dla takiego człowieka, informacja właśnie.
Wstałem i rozłożyłem mapę zagłębiając się w wyznaczone trakty pływów. Arkusz był stary, opatrzony oficjalnymi Imperialnymi pieczęciami, podpisami dziesiątków kartografów. Odszedłem na chwilę pod ścianę za moimi plecami, gdzie jeszcze przed wyprawą rozkazałem umieścić najbardziej aktualną mapę Ekspansji, jaką udało nam się nabyć w sektorze. Układu Magoros najzwyczajniej w świecie brakowało, jakby ktoś sporządził całą mapę, nie zaznaczając nawet maleńkiej odnogi warpowego pływu. Mapa, którą trzymałem przed sobą natomiast, była mapą Światów Winterscale’a, z dokładnie zaznaczonym systemem, oraz z rysem schematycznym samego układu.
Powróciłem do biurka, złożyłem mapę i podałem „bibliotekarzowi” rękę. Ten uśmiechnął się, lekko skłonił, zarówno mi, jak i oceniającej go z pewnej odległości szefowej ochrony.
-Pomyślnych łowów, kapitanie Fist – powiedział i odszedł, zaś w korytarzu przejął go Samuel, odprowadzając.

***

Jeremiasz Banter ciężko westchnął, wrócił do swej grupki z rozczarowującymi wieściami. Wróciła już trzecia zmiana z przepustki, a ich nazwiska znowu przesunięto na dalsze miejsce, za każdym razem z jakiegoś dziwnego powodu. W zasadzie, to kruczkami w przepisach inne drużyny wpychano przed nich, czy to za dobrze wykonane zadania, premie i inne bzdury. Jeremiasz spoglądał na swą drużynę, siedzieli w pobliskiej mesie, niektórzy wciąż z nadzieją, że wreszcie zejdą na ląd, mieli ze sobą torby, odstroili się, wzięli oszczędności. Inni, starsi, dobrze wiedzieli co się kroi, więc dali sobie spokój, odnieśli bagaże, ale usiedli z resztą z grzeczności i solidarności.
Do mesy właśnie weszła inna zmiana, wrócili, zadowoleni, uśmiechnięci, przechwalali się co też robili przez cały dzień, gdzie można znaleźć czyste i przystępne cenowo kurtyzany, w jakiej knajpie nie orżną, gdzie przyjmują jakieś zakłady. Nakupowali flaszek i pachnącego tytoniu, jeden niósł ze sobą siatkę z soczystymi cytrusami, przewieszoną przez ramię, zajadając się owocem trzymanym w wolnej ręce i pozwalając, by sok spływał po gębie i kapał na przepoconą koszulkę.
Patrzyli się na nich i pełni zazdrości szemrali coś pod nosami. Łysy brygadzista rzucił bandanę na stalowy stolik. Pogładził się po łbie i jeszcze raz spojrzał na chłopaków.
-Przesunęli nas dalej – rzekł w końcu, a podwładni jakoś się nie buntowali, nie oponowali, nie zgłaszali sprzeciwu. Niektórzy opuścili głowy, inni wzruszyli ramionami. To było do przewidzenia. Domyślali się, że to wewnętrzny zatarg bosmana, z Hobsem Kennochiem. Odkąd wziął go na stronę i odszedł rozczarowany na nich zwalały się obowiązki, a w zamian, zero nagród. Mniemali jednak, że są po prostu dobrzy w swym fachu, że starszyzna zrzuca im na ramiona robotę, gdyż po przejściu przez Paszczę wielu chłopaków się pochorowało, a w zamian zrewanżują się jakąś premią, dłuższą przepustką, taką mieli nadzieję. Wszystko stało się jasne, gdy przesunęli ich po raz drugi, a teraz, po raz trzeci.
-Co się tak patrzycie? Trudno się mówi – bosman Banter wzruszył ramionami i zrugał ich za skwaśniałe miny. – Nie teraz to kiedy indziej, każdemu się dostaje.
-Jakby to było za nasze przewiny, to byśmy zrozumieli – odpowiedział młodszy członek drużyny.
-Co żeś powiedział, gnojku?
-Spokojnie, szefie – Hugo Dwoell, postawny marynarz, zasłonił kolegę, gdy tylko bosman podszedł by go zdzielić, za sam fakt, że uwidziało się mu pyskować. – On tak nie myśli, po prostu jesteśmy wszyscy zmęczeni. Wrócimy na stanowiska, odeśpimy, to stres, no wiecie.
Jeremiasz odstąpił i podszedł zebrać swoją bandanę ze stołka, stanął do chłopaków plecami, kontemplując jak załatać morale, które ktoś próbował mu zniszczyć, za karę. Nie chciał wstąpić do kliki Kennocha, więc się sukinsyn będzie wyżywał na jego ludziach.
-Porozmawiam ze starszyzną, zobaczymy co da się zrobić…
Właśnie korytarzem przeszła jedna z ostatnich drużyn, byli gotowi udać się ku włazom i zejść do portu. Patrzyli po ludziach bosmana i choć normalnie mogliby sobie zadrwić, nie było im do śmiechu, nawet sobie współczuli wiedząc, jak wiele bosman od nich wymagał i nie rozumiejąc za co są tak karani.
Mogli co najwyżej wsłuchiwać się w opowiadane historie, które niestety tylko zaostrzały apetyt. Secutor uratował w między czasie grupę pielgrzymów, którzy po zadokowaniu i wypuszczeniu byli niezwykle wdzięczni. Towarzyszyli załodze, dopytywali się, chcieli upamiętnić dobrodzieja i ludzi z nim pracujących. Głupcy nie wiedzieli na co się piszą. Ochoczo dzielili się majątkiem, zostawiając pamiątki dobrym marynarzom. Ciekawe ile im zajmie, zanim zrozumieją w jakie gówno bez odwrotu się właśnie wpakowali. Żeby opuścić Ekspansję będą potrzebowali każdej drobinki jaką uda się wyskrobać, a jeśli nie chcą zostać sprzedani jako tania siła robocza, lepiej by w czas zapisali się na jakiś okręt, lub nie będzie z nimi wesoło w hermetycznym Footfall, gdzie dobre posady były od dawien dawna obłożone.
Wtem odezwały się sygnały alarmowe, syreny wachtowe zatrąbiły zawracając zmianę, która właśnie miała zejść z okrętu. Dla ludzi Jeremiasza widok ich rozczarowania był jedyną szczyptą cukru, jaką posmakowali od wielu dni. Z komunikatorów posypały się rozkazy. Secutor wkrótce wyjdzie z portu, pomniejsze uszkodzenia naprawiono, zapasy uzupełniono, część załogi odpoczęła sobie i wszyscy byli zadowoleni, a przynajmniej w myśli oficerów z samej góry, dla których tysiące marynarzy to zaledwie statystyka.
Zakaz schodzenia do portu, czekają na ostatnie powracające zmiany, ci, którzy już byli na pokładzie, mieli wracać na stanowiska, dokonywać przeglądów, przygotować okręt do wyjścia w pustkę kosmosu.


Rozdział III
„Serce zimy.”

Podróż przez Warp zajęła nam zaledwie dziesięć dni spokojnego pływu. Thurim powiedział, że w tym rejonie immaterium „spało”, złożyło się do drzemki zadowolone. To była swoista anomalia, zupełna odwrotność tego, co na ogół widzi się po przejściu w świat czystej potencji. Czerń, fioletowe emanacje gwiazd, delikatne różowe wstęgi snuły się wokół nas, rozpalając i niknąc jak zorze polarne. Rzadki przypadek, gdy chaos doszedł do konsensusu czym chce być i choć na pozór takie stwierdzenie zdawało się przeczyć samo sobie, to przekonałem się dawno temu, że zakładanie z góry, że wie się jak chaos winien wyglądać, jest błędne. Zawsze zaskakiwał, był ponad schematami, absolutny spokój Światów Winterscale’a był takim właśnie przykładem złamania własnej reguły, własnej wizji wiecznego chaosu i konfliktu. Można rzec, że immaterium pokazywało w ten sposób środkowy palec wszystkim, którzy myśleli, że już rozumieją jak działa – kolejny dowód, jak bardzo jest nieprzewidywalne.
Pewnego dnia naparł na nas przypływ energii, uniósł nas jak łupinkę na fali, lecz delikatnie. Pole Gellera przyjemnie buczało, a generatory nie zgłaszały sprzeciwów. Podróż zajęłaby dłużej, gdyby nie to, więc czuliśmy się jakby immaterium nam bezpośrednio sprzyjało. Dziwne uczucie, jakby przywiązywać się do oprawcy, bo od czasu do czasu przyniesie ofierze kwiaty i pochwali fryzurę.
Odnośnie fryzur, pani Erin Margo z konsorcjum frachtowego, którą zgodziliśmy się zabrać jako nasz kontakt odpowiedzialny za uzupełnienia, zdecydowała się skrócić włosy. Choć na początku miała je spięte we władczy kok, następnie paradowała z rozpuszczonymi, teraz przycięła je na krótko, odsłaniając uczy i linię szczęki. Przyjąłem ją w gabinecie, w którym wciąż trwały ostatnie wykończenia związane z naprawą ściany. Z początku planowałem przenieść gabinet gdzie indziej, ale jakoś mi to nie pasowało. Kiedy spróbowałem ustawić pamiątki i przybory z biurka na stole w komnacie gościnnej, za każdym razem brakowało mi jeszcze czegoś, a to lampy, a to podkładki pod szklankę, a to regału. Musiałbym tak przeprowadzić większość pomieszczenia, co mijało się z celem. Trudno, możemy się raczyć zapachem kleju do drewna.
Erin usiadła przed biurkiem, spoglądała na ścianę, gdzie wstawiono nowy sejf, większy, solidniejszy. Nie mogła zmyć z twarzy uśmiechu, który zdradzał rozbawienie mym nowym zainteresowaniem.
-Gustuje pan w świętych ikonach? – Spytała.
Cóż rzec, jeśli ze ściany próbuje wyleźć mordercza niewidzialna istota łaknąca materializacji i mutowania rzeczywistości, człowiek robi się trochę bardziej bogobojny, a przynajmniej przez pewien okres. Sejf obwieszony był wszystkim co mogło mieć wartość dla Eklezji. Otwarty modlitewnik, wizerunek Drususa, kardynała, Imperialnych męczenników i misjonarzy, wisiorki, pacierze, wstęgi z sentencjami przeróżnych litanii. Wyglądało to ciut amatorsko, ale przynajmniej miałem spokój ducha.
-To? – spytałem wracając na swe miejsce z dwiema filiżankami świeżo zaparzonego recafu. – Tak, w ramach remontu znalazłem stare pamiątki i postanowiłem, że co się mają kurzyć, niech sobie wiszą.
-Dziękuję – odpowiedziała podejmując filiżankę i pozwalając mi zasiąść. Upiła odrobinę, oceniła smak, aż wreszcie odstawiła naczynko i sięgnęła do teczki stojącej obok krzesła. – To lista refundacji za ostatnie uzupełnienia. Pozwoliłam sobie przygotować spis tego, co było w naszych magazynach i co dostał pan po zaniżonej cenie, a tutaj są dobra, które zgodziliśmy się współfinansować. Piętnaście procent wartości już odpisałam, reszta to wasz kosztorys. Proszę sprawdzić z panem Quiddym, powinno być w normie.
-Mogła się pani bezpośrednio do niego udać z tą robotą… Oczywiście wkład doceniam, skonsultuję wydatki osobiście.
-Zależało mi z panem porozmawiać.
-W czym rzecz?
-Wasza wyprawa w kierunku spinowym jest dość nieoczekiwana, myślałam, że zmierzamy w głąb Ekspansji. Moi przełożeni mogą się martwić, czy wiadomym będzie, kiedy zamierza pan zmienić kurs?
-Pani Margo – rzekłem, samemu biorąc łyk pobudzającego płynu. – Pozwoli pani, że będę szczery?
Skinęła głową i zmarszczyła brwi, chyba samemu nie wiedząc w jak radykalnie odmiennym kierunku będzie zmierzała rozmowa.
-Naprawdę doceniam pani umiejętności, jest pani bardzo przekonująca, zna się na regulaminach, a to więcej niż mogę powiedzieć o waszych współpracownikach. To wymaga zagłębienia się, zebrania wiedzy, generalnie dużo pracy, by odgrywać swoją rolę bezbłędnie. Niemniej, powinna pani również mieć na uwadze i moje umiejętności.
Obserwowałem ją uważnie, gdy zastygła z filiżanką w pół drogi do ust. Chyba zaczęła węszyć co miałem na myśli.
-Nie zastanawiało pani, że zlecenie mej obserwacji coś implikuje? Po co mielibyście obserwować byle Rogue Tradera, tym bardziej, że w Ekspansji jest ich na pęczki. A mimo wszystko udało mi się nabrać niemal każdego, że nigdy w Ekspansji nie byłem, że nikogo tu nie znam, nawet panią i pani pracodawców, nawet własną załogę… Zastanawiają mnie tylko dwie sprawy, dlaczego i co się u was dzieje? Nie jesteś od Globusa Vaaraka, on wie, lepiej by się zabezpieczył, a poza tym dobrze rozumie postanowienia naszej wspólnej umowy. Nie ryzykowałby zaimplementowania agenta. To oznacza, że Erin Margo, o ile to prawdziwe imię, w co wątpię, pracuje dla innego inkwizytora, a skoro tak, to oznacza, że ktoś Globusowi nie ufa. Mam rację?
Kiedy zabraliśmy ją na pokład zdawała być się niewzruszona, inteligentna, przenikliwa, a teraz jej twarz wyrażała najczystsze osłupienie. Ja skrupulatnie ją obserwowałem, nie ufam z natury nikomu, kto oferuje mi dobre układy w zamian, za nic wielkiego. Erin Margo zajmowała się najróżniejszymi rzeczami w tym czasie, głównie pozorowaną robotą, ale w tym wszystkim aż za bardzo starała zostać poza podejrzeniami. Żadnego myszkowania z nudów chociażby, och nie, świetna samodyscyplina i skoncentrowanie na celu. Kiedy zeszła w Footfall porozumieć się z przedstawicielstwem swego koncernu wtedy dała mi jasno do zrozumienia, że jest szpiegiem. W całym porcie było mnóstwo kaplic i kościołów, ale tylko w jednym znajdował się kontakt Świętych Ordo, w którym mi również zdarzało się składać raporty. Póki co dwukrotnie i to jeszcze przed zdobyciem własnego okrętu. Oczywiście Vaarak, by o tym wiedział, to z nim współpracowałem, co innego inkwizytor, który nie znał szczegółów naszego porozumienia.
-Jeśli mamy współpracować, a już współpracuję z waszą organizacją, to może mi pani od razu powiedzieć w czym rzecz i jak możemy sobie pomóc. Tak będzie prościej i oszczędzi pani czasu przy wymyślaniu wymówek dlaczego mamy lecieć to tu, to tam.
-Dobrze – odpowiedziała po chwili. W głosie pobrzmiewała wyczuwalna nutka niepokoju związana z misją. – Przyznaję, przygotowywałam się do tego zadania dość długo, to stawia mnie w nowej sytuacji. Nie spodziewałam się…
-W porządku – przerwałem, próbując ją uspokoić. – To nie jest groźba, chcę panią uświadomić, że jesteśmy po tej samej stronie. Nie jestem po prostu pewien jaki macie do mnie interes.
-Mimo wszystko, nie powinnam zbyt dużo wyjawiać.
-Rozumiem. Na zlecenia Globusa Vaaraka pośredniczę w handlu zakazaną technologią, zdaje sobie pani z tego sprawę?
Skinęła głową w odpowiedzi.
-A zatem rozumiem, że są pewnie napięcia, lub też brak zaufania w stosunku do wykorzystania dostarczanej przeze mnie technologii.
-Inkwizytor Vaarak nie jest członkiem Ordo Xenos – rudowłosa wreszcie rzekła, pewniejszym tonem. – Prowadzimy wewnętrzne dochodzenie, po co mu broń i technologia obcych. Wy jesteście jego zaufanym dostawcą. Dotąd odbieraliście przesyłki na obrzeżach sektora, lecz nagle warunki się zmieniły, wysłał was w Ekspansję.
-Nasz dotychczasowy kontakt przestał się odzywać, mam odnaleźć jego źródła.
-Nawet jeśli oznacza to niechybny kontakt z Eldarami?
-Nawet jeśli…
-W takim razie skąd ta zwłoka? Nie powinniśmy się tym właśnie zająć?
-Panno Erin… Jeśli tak się nazywasz…
-Może być Erin Margo – odpowiedziała i skinęła głową. – Przygotowywałam się do tej roli dość długo, podoba mi się brzmienie.
-Niech będzie, to zostanie między nami. Ekspansja Koronusa jest niebezpieczna dla tych, którzy nie mają wyrobionego nazwiska, zaś nasza misja i tak będzie długa. Nie jestem pewien na co Vaarakowi technologia Eldarów, bada ją z innymi członkami swej kabały, czy nie, nie obchodzi mnie to. Ja mam za zadanie się wydać zaufanym i rzetelnym nabywcą. Nikt nie zapuka do naszych drzwi, jeśli od tak wbijemy się w samo serce Ekspansji i będziemy głośno wołać. Eldarzy to mistrzowie kamuflażu, pojawiają się znikąd i znikają w oka mgnieniu. Ktoś taki nigdy do nas nie przyjdzie, jeśli nie zaskarbimy sobie ich zaufania.
Skoro mowa była o pukaniu, właśnie ciężka piącha walnęła w drzwi od mego gabinetu, co ostudziło atmosferę. Ma dłoń powędrowała do przycisku interkomu, wybrałem komunikator przed drzwiami:
-Butch, przy panelu masz taki guzik z symbolem dzwonka – rzekłem spokojnie, a po chwili odezwał się głos Garibalda.
-Jesteśmy na miejscu, wychodzimy z Warpu za kwadrans.
-I musiałeś mnie o tym informować osobiście?
-Mamy do pogadania, to pomyślałem, że i tak wpadnę.

Pożegnałem się z rudą agentką. Gdy odchodziła wydawała się nadal zdruzgotana. Po prawdzie podjąłem pewne ryzyko, mogło być zupełnym przypadkiem, że udała się akurat do tej samej świątyni, ale gdy dostałem od Globusa Vaaraka propozycję znalezienia dostawcy zaawansowanego sprzętu analitycznego, potrzebnego Tyrantyńskiej Kabale, to wydawało się raczej mało prawdopodobne, by przypadkowe zbiegi okoliczności nie miały niczego do czynienia z przedstawionym zadaniem.
Garibald wyminął rudowłosą „przedstawicielkę” konsorcjum frachtowego, po czym zasiadł na jej miejscu, częstując się jej niedopitym recafem, nim zdążyłem sprzątnąć.
-Co tak cię na gwałt przygnało, Butch?
Łysy osiłek przekrzywił głowę, skwasił nieco twarz i wyjął z kieszeni kilka maleńkich stłuczonych fiolek zwieńczonych igłami. Miniaturowe strzykawki z jednorazowym ładunkiem, opróżnione i zużyte.
-Co to za cholerstwo? – Spytałem.
-Ekipa porządkowa znalazła w przedziale burtowym. Dałem to wczoraj do analizy, nie chciałem oceniać pochopnie. To stymulant na bazie amfetaminy. Nawet nie czujesz gdy się męczysz. Pozwala zapieprzać przez całą zmianę bez przerwy.
-Efekty uboczne?
-Stopniowe wyniszczenie organizmu. Możesz się nie męczyć, ale ciało z czasem wysiada. Ktoś to rozdaje ludziom pracującym przy baterii burtowej. Nie chcę, żeby mi się ćpuny kręciły przy wybuchowym sprzęcie. Mogą sobie to wstrzykiwać do obierania kartofli w kuchni, chuj mnie to, ale nie przy obsłudze dział.
-Chcesz bym przydzielił do tego Garrow?
-Sam chcę koordynować śledztwo. Kontrola Ognia to moja brocha… Chciałem, żebyś wiedział.
Cóż, Butch był człekiem raczej prostym, ale ci wyrabiali w sobie niezwykłe terytorialne przywiązanie. Armaty, działa, torpedy, dla Garibalda stanowiły niemalże jego własne podwórko. Zamieszanie nań wprowadzone traktował dość osobiście. Zgodziłem się, zaznaczając jednak, by najpierw przygotował się na ewentualną bitwę. W układzie Magoros miał czekać na nas Hadarak Fel. Wiedziałem, że będzie się gdzieś czaił, ze swym znacznie mniejszym okrętem, to była dlań jedyna szansa, wciągnąć nas w jakąś zasadzkę. Potrzebowałem okrętu w gotowości.

Gwiazda układu była równie piękna co i zabójcza. Pulsar bijący migocącym białym światłem zdawał się maleńki, lecz za razem niezwykle jasny. Był u kresu swego astronomicznego życia, krztusił się czasem, a w swój kaszel wlewał mordercze promieniowanie. Nasze tarcze trzaskały od pochłanianej energii. Pomniejszy okręt straciłby je kompletnie i musiał co pół godziny odpalać generatory, na szczęście nasz krążownik miał dwie warstwy osłon, co pozwalało nam przemierzać układ bezawaryjnie, choć nasze augeryczne sensory padały kompletnie. Co rozbłysk, a w zasadzie co fala z rozbłysku doszła do naszego okrętu, stawaliśmy się zupełnie ślepi. Na mostku panował chaos, czasami padała wewnętrzna komunikacja, przez kilka sekund po emisji w interkomie panował jedynie szum. Równo co sto dwie minuty, maleńki pulsar wyrzucał z siebie furię, paląc wszystko na swej drodze. Najbliżej gwiazdy znajdował się mały glob, spękany, karminowy piec, z jednej strony skorupa zapadała się w tysiącach szczelin, wypuszczając gorąc jądra i promieniując pomarańczowym blaskiem, zaś od strony gwiazdy, przypominała zeszkloną masę, gdzie nawet pył rozpuścił się z czasem, przypominając krystaliczną skorupę. Według mapy, był to Magoros Minoris i nie wiem doprawdy kto chciałby zbliżać się do planety, dlatego i my ją porzuciliśmy. Cokolwiek można było znaleźć i tak pewnie pochłonął wulkan, lub ugotowało promieniowanie.
Dalej w układzie leżały dwa odległe globy, Magoros Primus – olbrzymia szara pustynia pyłu, oraz krystalicznych mas stanowiących góry, i Magoros Secundus – zmarznięty księżyc, obleczony grubym całunem chmur. Całość układu otaczał pierścień bieli, tak się wydawało z daleka, ot sobie cienka wstęga, jakby usypana z mąki. Po augerycznym zbliżeniu, zobaczyliśmy, że obręcz wokół układu stanowiły tytaniczne bryły lodu, ostro zakończone kryształy, powoli sunące w wiecznym biegu po najodleglejszym grawitacyjnym froncie. Światło gwiazdy odbijało się od kryształów, jak od luster, zaś ich obserwacja była czymś iście poetyckim, gdyż promienie zmieniały swe kolory, jakby przepuszczone przez tysiące brylantów.
-Dostałem ekspertyzę brata Vorena – rzekł Gillam Cort, podchodząc do mego stanowiska na mostku. – Przy tych rozbłyskach misje myśliwców będą niemożliwe. Jedną falę załoga może wytrzymać, ale przy dwóch, ryzykujemy ostrymi chorobami popromiennymi. Nasze furie wytrzymają spotkanie ze zwykłą gwiazdą, ba, nawet z jakimś ostrym podmuchem solarnym, ale tak silnej dawki nie są w stanie zatrzymać. Hangary możemy sobie napromieniować, tak poza tym.
-No to zakaz lotów – westchnąłem obchodząc wyświetlacz taktyczny w centrum mostka. – A już myślałem, że ich łatwiej znajdziemy.
-Możemy zrobić pięćdziesięciominutowe przeszukania, ale to zbyt krótki dystans na patrol.
-Dajmy sobie spokój. Sprawdzimy najpierw planetę, potem księżyc, a dalej się zobaczy. Mam nadzieję, że Fel też je przeszukał, może zostawił za sobą jakieś ślady.
-Elegancko nie działał – Przypomniał Thurim siedzący na stanowisku astronawigatora, przyglądał się mapom, a poza tym, próbował skoncentrować na wyczuciu naszego wroga. – Kiedy nas zaatakowali na rynku w Porcie Wander, to było raczej prostackie, ale przyznaję, skuteczne.
-Panie Cort, proszę nas wprowadzić na daleką orbitę. – Rzekłem, samemu siadając na swoim fotelu. – Potem przeprowadźcie badania powierzchni, dokładne, szczególnie na obecność zniekształceń magnetycznych. Jeśli wylądowali tam czymkolwiek, macie ich znaleźć.
Gillam skinął głową i ruszył do wykonywania zadań. Secutor powoli zmierzał w kierunku przeznaczenia, jedynej istotnej planety w układzie. Omiataliśmy sensorami cały region, lecz po okręcie Hadaraka nie było ani śladu. Musieli się gdzieś kryć, z pewnością, poza tym, mieli dostatecznie dużo czasu na przygotowania.


Magoros Primus było wrogim życiu pustkowiem, szarym, nieprzyjemnym, targanym wiatrami gnającymi kołtuny szarego pyłu nad spiętrzonymi wydmami, na kształt piaskowych burz, lecz o wiele bardziej krztuszących i niebezpiecznych. Nad błękitnym horyzontem świeciła samotna gwiazda, niczym okrutny lampion, w którego kierunku nie dało się spojrzeć, gdyż ten z razu chciał wypalić oczy. Wydawała się maleńkim punkcikiem, zaś generowana przez nią światłość sprawiała, że pylista powierzchnia z bliska wydawała się niemal biała.
Lądownik zmierzał w kierunku powierzchni, w kierunku czegoś, co wzięli za krystaliczne „góry”, coś co przyspieszyło całą ekspedycję. Gdy okręt wleciał na orbitę i mogli przyjrzeć się planecie z bliska, stało się jasne, że to nie żadne góry, a ruiny. Kolosalne ruiny, miasta, gmachy, ulice, nie wykonane ludzką ręką, wydawały się równie stare co sam świat i tylko ekspertyza pana Quiddego oraz starego Orbesta Draya rzuciła nam cień rozwiązania. Egariańskie Dominium, cywilizacja antycznych xenos, której światy łączył jeden wspólny los – spotkała je absolutna zagłada. Nie zostało po nich nic, poza gmachami, ciasno upchane formacje krystalicznych miast, rozpinające się w każdym możliwym kierunku, w każdym możliwym wymiarze, jakby podróżowanie w pionie, było dla nich równie łatwe. Po Egarianach nie zostało nic, żaden inny ślad, żaden rysunek, mogący wskazać to jak wyglądają, żadna machina, po prostu masa kryształów, w których czasami tkwiły wyżłobione litery dziwacznego, obcego alfabetu.
Planeta niegdyś mogła przypominać żywy i zielony glob, lecz jakiś kataklizm wypalił jej powierzchnię i odparował z planety wodę. Lądownik przeleciał nad krawędzią skalistego wybrzeża, zostawiając za sobą wyschnięte morskie dno. Wznieśli się nad pobliskie wieżyce, kierując w stronę największej metropolii, gdzie z odczytów na orbicie, coś się kryło, zawirowania magnetyczne były największe.
Kryształowe miasto wyrastało z oceanu pylistych wydm, zajmując znaczną część kontynentalnej masy na północy. Zmierzali do samego centrum, do serca zrujnowanej metropolii, gdzie niczym klejnot, mieniła się pewna konstrukcja. Choć pół-przezroczyste masywy ruin rozszczepiały światłość odległej gwiazdy, rzucając je kalejdoskopem barwnych promieni, to nic tak nie błyszczało, jak ten centralny klejnot – wieża o geometrycznej formie zaostrzającego się rombu. Odbijała każdy promień światła, jak olbrzymie lustro.
Wieża tym się właśnie okazała, gdy tylko wylądowali na skrawku pustego terenu niecałe trzy kilometry od obiektu, osłonięci przed potencjalną zawieruchą. Drużyna pod przewodnictwem Ingrid Garrow wyszła z lądownika. Zbrojni rozstawili się dookoła stalowej bryły i od razu z podziwem obejrzeli sobie ruiny. Szczęki niektórym opadły, zaś inni nakreślili na piersi znaki, modląc się. To była obca, nieludzka cywilizacja, a zatem zepsuta i zasługująca na wyniszczenie. Niemniej w tych krystalicznych gmachach tkwiło antyczne piękno, którego trud było odmówić, trud było odeń wzrok oderwać.
-Zbieramy się, chłopcy – zbrojmistrzyni rzekła, sprawdzając swój bolter.
-Nie mogliśmy wylądować odrobinę bliżej? – Spytał jeden z podwładnych, podłączył właśnie karabin laserowy do zasilacza plecakowego, podskoczył na szarym pylistym podłożu i naciągnął na twarz maskę filtracyjną, oraz osłonę oczu. Choć na planecie oddychać się dało, nagły haust pyłu w płucach mógł skutecznie ukrócić wyprawę.
-Nie marudź, Chomsky – zaśmiała się brunetka, samemu zakładając maskę i naciągając na twarz gogle wizyjne. – Wokół tego miejsca są potężne zawirowania jonowe i magnetyczne. Kable by się nam usmażyły, a lądownik rozbił. Z resztą, trochę ruchu nogami dobrze ci zrobi.
Jej twarz przesłaniała teraz konstrukcja z kilkoma zielonkawymi soczewkami, filtrowały promieniowanie, odcinały rozbłyski, tonowały kolory, a przede wszystkim pozwalały widzieć osobliwe zagrożenia, sygnatury cieplne i inne anomalie. Gdy spojrzała na swych ludzi wyglądali jak duże pomarańczowe człekokształtne plamy.


Maszerowali blisko godzinę opustoszałymi korytarzami, celując bronią w odległe złudzenia optyczne, mając się na baczności. Lądownik zostawili za sobą, wygasili silniki, zaś dwóch pilotów oraz czwórka strażników pilnowała maszyny, pośrednicząc w łączności z krążownikiem na orbicie. Mieli podsłuch na grupkę tuzina żołdaków oraz prowadzącą ich szefową grupy desantowej. W komunikatorach voxowych brzmiały ich oddechy i sapanie. Wtem przyszła kolejna fala zakłóceń i szumów. Planetę omiotła fala promieniowania, na szczęście rozbijając się o jaśniejszą stronę globu, a także rzucając na zachodzące ciemnościami niebo liczne barwne wzorce. Musieli aż przyciszyć głośniki, by nie stracić słuchu. Długie pięćdziesiąt osiem sekund oczekiwania na przerwanie emisji, a potem kilka sekund, aż z magnetycznej klatki ucieknie resztka zakłóceń.
Jeden z pilotów odprężył się na fotelu, odpiął maskę od gęby i zaczął szukać papierosów. Atmosfera nadawała się do oddychania, ale mimo wszystko zalecali korzystać z filtrów w skafandrach, na wypadek, gdyby coś rozwaliło filtry na lądowniku. Jego partner spojrzał się pytająco, jakby chciał go upomnieć, że nie powinien zdejmować maski, a raczej trzymać się przepisów, na co kompan machnął ręką.
Wtem w głośniku usłyszeli strzały, co zupełnie ich zatkało! Obaj zastygli w pozach wyrażających zakłopotanie, ale po chwili szybko nadali komunikaty łączności z powrotem do krążownika na orbicie.
-Zielonoskórzy! Szlag! Mallory, nie gap się, tylko strzelaj! – W trzaskach i szumie przebijał się głos Ingrid Garrow. – Słyszycie mnie? Secutor?! Mamy tu orków!
Cholera, tylko tego brakowało. Piloci spojrzeli po sobie i przygasili światła w kokpicie. Jak mawiało stare porzekadło, gdzie był jeden ork, tam był tysiąc, gdzie był ich tysiąc, tam zielony potop.
-Ingrid – odezwał się znajomy głos kapitana Fista. – Ilu ich?!
-Z dwa tuziny! – Krzyknęła, nim jej wywód przerwała ciężka seria z boltera. – Damy radę, ale nie zostaniemy tu zbyt długo. Dużo hałasu… Ach, żeby cię…
Znowu salwy wystrzałów, ryki wściekłych gardzieli i eksplozje pocisków z broni zbrojmistrzyni zagrały pierwsze skrzypce.
-Jesteśmy przy wieży, tutaj jest jeszcze ktoś.
-Kto?
-Nie wiem, jacyś ludzie, zabarykadowali się przy wejściu do iglicy. Chomsky! Nie marnuj baterii!
-Ludzie Fela? – Dopytywał kapitan.
-Może. Jak rozwalimy tą swołocz, to się spytam. Na dłuższe posiedzenie nie będzie czasu, mam przeczucie, że ściągnie tu więcej tych zielonych drani.
-Wysłać posiłki?
-Nie trzeba, jeszcze zauważą lądownik.

Cliff Chomsky przylgnął plecami do muru ze skruszonego kryształu, spojrzał na zwalone ciało potężnego mięsistego człekokształtnego stwora, leżące zaraz obok. Zerwał się na jedno kolano i wycelował w uciekającego brutala. Zgarbiona sylwetka kołysała się pod własnym ciężarem, gdy stwór uciekał, zaś szefowa wstała z resztą drużyny i rozkazała zabić ostatniego z niedobitków, nim ucieknie i poinformuje o wszystkim zapewne resztę plemienia. Cliff pociągnął za spust, rubinowe promienie rozświetliły atmosferę między soczewką lufy karabinu, a ciałem zielonoskórego. Ten zawył boleśnie, nim zwalił się na ziemię, wstęgi skondensowanego światła wypaliły mu cztery dziury w intensywnych, krótkich wyładowaniach.
Między nimi, a wejściem do lustrzanej wieży leżały powalone, rozerwane cielska. Drużyna desantowa obeszła je ostrożnie, upewniając się bagnetami, że stwory nie żyją. Niektórzy mierzyli jeszcze w stronę ciemnego wejścia, gdzie pewna kobieta oraz dwójka żołdaków kierowali broń w swoich wybawców. Ingrid bezpośrednio nie rozpoznała nieznajomej, gdyż i ta miała na sobie odzienie ochronne, w tym i maskę, lecz gdy na jej ramieniu usiadło przerośnięte czarne ptaszysko, przypomniała je sobie. W Porcie Wander, spotkanie z Orbestem Drayem, ten kruk poderwał wtedy zaszyfrowany czarny kamień, w którym dawni astropaci zamknęli wizję zaginionego okrętu, a przez to i legendarnego skarbu.
Ingrid sama nie wiedziała czego bardziej się obawiać, możliwego pojawienia się posiłków zielonoskórych brutali, czy może rewanżu Hadaraka Fela, gdziekolwiek przebywał. Zbliżali się do siebie, zaś tajemnicza kobieta uniosła dłoń, samemu opuszczając swój pistolet. Jeden z jej żołnierzy postąpił podobnie, drugi odepchnął od siebie rozerwane cielsko orka.
Dowódczyni desantu aktywowała komunikator, i cicho zameldowała przez vox.
-Tą grupę prowadzi koleżanka naszego znajomego…
Nastała dłuższa cisza, oczekiwała odpowiedzi, wiedząc dobrze, co też Hanover zrozumiał. Kobieta z ptaszyskiem na ramieniu schowała broń do kabury, dobrze wiedząc, że nie mieli szans z przewagę liczebną przybyszy. Uniosła obie dłonie, mówiąc:
-Spokojnie, nie mamy złych zamiarów… Dziękujemy za ratunek, było blisko.
-Co tu robicie?
-Szukamy tego co i wy, okrętu… Okrętu z wizji.
Na te słowa Ingrid zmrużyła oczy, choć tych nie było widać, zza zielonych wizjerów gogli. Zajrzała sobie do mrocznego wnętrza lustrzanej wieży i upewniła się, że nie czai się tam nikt inny. To wszystko co zostało z oddziału, zaś sama wieża, w przeciwieństwie do reszty ruin, wykonana była z krystalicznego metalu, przypominającego piryt. Równe ściany i idealnie symetryczne załomy, płaskie powierzchnie odbijające dalekie światło gwiazdy, dziwaczna konstrukcja.
-Gdzie jest wasz transport? – Spytała się dowódczyni.
-Odleciał, z rozkazów Hadaraka, jak tylko się tu pojawiliście. Nie chciał zwracać na siebie uwagi. Obiecał, że wróci… Z czasem.
-Jak długo tu siedzicie?
-Trzydzieści cztery godziny – odpowiedziała, zdejmując z twarzy maskę i sięgając powoli po manierkę z wodą, która była na wyczerpaniu.
Zostawił ich na pierwszą wieść o przybyciu Secutora, typowe uwzględniwszy jego psychologiczny profil. Kapitan Fist przysłuchiwał się wszystkiemu na otwartym kanale, zaś ludzie panny Garrow, na jej rozkaz, rozbroili i skuli obstawę kobiety.
-Wrócicie z nami, chyba nie macie nic przeciw?
Pytanie było oczywiście retoryczna, na twarzy pojmanej widniała ulga, podobnie jak na twarzach jej obstawy. Mężczyźni wiedzieli co może ich czekać, komplementarna propozycja zmiany pracodawcy, próba na wykazanie się, a potem praca na niskim stanowisku, a ewentualnością było wywalenie przez śluzę.
-Co tu znaleźliście? – Postawna brunetka spytała, wchodząc w głąb wieży.
Choć z zewnątrz lustrzany gmach wydawał się ciemny i pusty, od wnętrza wypełniały go zwierciadła imponujących rozmiarów, na nich odbijały się gwiazdy, zaś im dłużej weń patrzyła, zauważyła, ze jej postać znikła, podobnie jak ściany. Nadal za plecami miała swych ludzi, a pod nogami solidną podłogę, niemniej wnętrze jakby zmieniło się w kolosalne obserwatorium, w którym mogła zobaczyć wszystkie trzy globy układu Magoros, błyszczący w oddali pulsar, oraz pierścień lodu na obrzeżach. Planety poruszały się szybko, tocząc się po niewidzialnym torze, niczym kolorowe kamienne kule.
-Znaleźliśmy lokację okrętu – odpowiedziała nieznajoma.
-Przekazałaś informację swojemu szefowi?
-Tak…
A zatem dlatego ich zostawił, kolejny powód. Nie byli mu już potrzebni do osiągnięcia sukcesu. Nic nowego w Ekspansji, która po ofiary upominała się dość szybko, nie zostawiając po nich śladu. Gdyby nie przybyli, znaleźliby po obrońcach co najwyżej strzępy, jeśli orkowie nie wzięliby ze sobą wszystkiego.
-W takim razie, przydasz się. Pokaż mi co chcę zobaczyć, a rozważymy, czy okazać wam więcej łaski niż Hadarak.
Kobieta skinęła głową. Jej mina wyrażała zakłopotanie, ale i wielki zawód. Podeszła bliżej centrum, obróciła się i wskazała pierścień odłamków. Przymknęła oczy, sprawiając, że obraz przybliżył się, zmianie uległ punkt widzenia, który podróżował przez układ, niczym bezcielesny podróżnik. Ktokolwiek nie zbudował tego „planetarium”, stworzył je z myślą o psychicznie uzdolnionych, szczęście, że nieznajoma była kimś takim, przez co okiełznanie urządzenia w ogóle było możliwe.
Wkrótce, między zamarzniętymi kształtami, dostrzegli długą szaro-czarną sylwetkę wraku, zatopioną w lodowcu pewnej zamarzniętej asteroidy. Dryfował powoli w swym lodowym grobowcu, otoczony ostrymi odłamkami wielokrotnie przekraczającymi jego rozmiary. Następnie widok powrócił na planetę, ściany stały się zupełnie przezroczyste, widać było przez nie krystaliczną metropolię otaczającą wieżycę, zaś do jej czubka ciągnęła się cieniutka błyszcząca linia, jak pajęcza nić, sięgająca gdzieś w bezkres kosmosu, w kierunku białego pasma.

***

Zwali ją Lady Ash, prawa ręka Hadaraka Fela, człowieka, który postanowił skraść to co było z natury rzeczy moje. Teraz siedziała w surowej celi, przed zimnym stalowym stołem, zaś my obserwowaliśmy ją zza grubego lustra. Na pewno czuła, że jest obserwowana, jej zdesperowany wzrok skakał po naszych twarzach, choć nie powinna była ich widzieć. Pozbawiliśmy ją wszystkiego, co mogło nam dać jakąś wskazówkę, więc został jej jedynie środowiskowy kombinezon, w którym została zabrana z powierzchni. Średni wiek, ładne rysy, szatynka, Fel z pewnością trzymał ją dla walorów estetycznych, między wszystkimi innymi talentami jakie mogła posiadać. Thurim pocierał swój podbródek, cicho mrucząc, namyślał się i analizował to w niej zobaczył. W rogu celi stała także klatka, z której odezwało się czarne ptaszysko, domagając wyzwolenia. Trzepotało skrzydłami, krakało, a nasz sędziwy nawigator lubieżnie się uśmiechnął.
-To bardzo uzdolniona telepatka – zarechotał gardłowo, przygładzając sobie włosy dłońmi. – Fascynuje mnie, jak umiejętnie maskuje swą moc, używając zwierzęcia jako nadajnika.
Istniała możliwość, że uratowanie tej kobiety nie było przypadkiem, co dobrze rozważaliśmy. Co jeśli Fel celowo zostawił ją na planecie, tak, byśmy ją uratowali? Byśmy ją wzięli na pokład, a teraz, dla odpowiednio dostrojonych do niej umysłów, świecilibyśmy się jak latarnia w psychicznej próżni. Fel mógłby schować swój okręt po drugiej stronie planety, zasłonięty cieniem niebieskich ciał i szumem zakłóceń, nie widzielibyśmy go, ale on nas jak najbardziej, a konkretniej, punkt w przestrzeni gdzie znajdowała się jego wierna towarzyszka.
-Powinniśmy wywalić ją przez śluzę – syknął groźnie Garibald, splatając ramiona na piersi.
-Pan by wszystkich w kosmos od razu wywalał – wtrącił Thurim, przewracając oczami. – A może tak się ją wypytać o plany i położenie Fela, skoro już tu jest?
-Może jej herbatkę zaproponować, co? – Łysy osiłek zapytał, układając dłonie po bokach i nachylając się groźnie nad nawigatorem, zaś ten uśmiechnął się najuprzejmiej jak potrafił i skinął głową, mówiąc:
-O! Świetny pomysł. Zrób od razu dwie, też z chęcią się napiję – i nie dając zatkanemu Butchowi odpowiedzieć, przeszedł korytarzykiem w kierunku wejścia do sąsiedniej celi.
Spokojnie przeszedł przez drzwi i na naszych oczach zasiadł sobie przed Ash, uprzednio wygładzając eleganckie powłóczyste szaty. Na głowie nawigatora siedziała opaska maskująca jego trzecie, „eteryczne” oko, była złota i poznaczona wszelkiego rodzaju insygniami. Trud było pomylić prawdziwą naturę Thurima, obnosił się ze swym stanowiskiem do stopnia, gdzie gdyby mógł, z chęcią nosiłby swe całe zaplecze, tylko po to, by wszyscy schodzili mu z drogi zwarzywszy kluczowość pozycji. Dał jej za razem do zrozumienia, że rozmawia z równym, bądź też wyższej rangi psykerem, na pewno bardziej doświadczonym, a to oznaczało, że my wiemy kim była i do czego jest zdolna.
-Ash, tak? – Spytał, splatając długie chude palce.
Kobieta skinęła mu w odpowiedzi.
-Możesz mi mówić Thurim… No, skoro się poznaliśmy, to pozwól, że wyrażę nadzieję na owocną współpracę. Nie musimy sobie od razu skakać do gardeł.
-Nie mam wobec was wrogich zamiarów – rzekła psykerka. – Jestem wdzięczna za uratowanie życia, już mówiłam.
-Ależ moje dziecko… Ty nie masz jak skakać nam do gardeł, bo jesteś przykuta do krzesła, a krzesło przyśrubowane do podłogi – siwowłosy nawigator celnie zauważył. – Chodzi mi o jednego dryblasa – i skinął głową w kierunku szerokiego lustra na jednej ze ścian. – No i jeszcze kilku dryblasów pewnie by się znalazło, paranoików, psychopatów z maniami prześladowczymi, którzy wierzą, że możesz nas wystawić swojemu przełożonemu.
-Ale… - zaczęła, lecz wtedy jej oczy powędrowały po nawigatorskich insygniach Thurima. Nawigatorzy byli jednymi z najbardziej czułych psykerów w Imperium, to nie mógł być przypadek, że właśnie jego przysłali, tak sobie zapewne myślała. Zrozumiała w końcu, że mieliśmy swoje podejrzenia i to dobrze uzasadnione. – To prawda, możliwe jest takie naprowadzanie, ale Hadarak nie ma ludzi, którzy mogliby mnie „wyczuć”, jeśli sama tego nie zechcę i nie spróbuję od wysłać sygnału. A wy możecie mnie uważnie monitorować. Gdybym zrobiła coś takiego, podpisałabym na siebie wyrok śmierci.
-Owszem, i to mnie niepokoi. To niepokoi wielu z nas. Może Hadarak ma jednak zapasowy plan, może jest jakiś sposób, w który może śledzić ciebie, lub twojego pupilka.
-Nie… Zostawcie Pyrexię w spokoju, ona nie jest w stanie...
-Spokojnie, spokojnie, dziecino – zaśmiał się Thurim. – Nie w tym rzecz. Chcemy, byś z nami współpracowała, byś się otworzyła i nadal nadawała dla Hadaraka.
Lady Ash zamrugała oczami, przekrzywiła lekko głowę, nie rozumiejąc do czego Thurim zmierzał, a starzec postępował jedynie według ustalonego wcześniej planu. Gdy Ingrid zabrała ją z planety, jako jeńca, to była nasza pierwsza obawa, lecz po naradzie z Thurimem wpadliśmy na pomysł. Skoro Hadarak Fel ma nas obserwować, to czemu tego nie wykorzystać?
-Chcemy, byś się zachowywała tak, jakbyśmy cię wzięli za zwykłą kobietę, jakby drużyna desantowa nie wpadła na to, że zostałaś obdarzona zmysłami o większej potencji. Chcemy, byś realizowała plan Fela, a jeśli dobrze się spiszesz, czeka cię nie lada nagroda. Lecz jeśli go ostrzeżesz, jeśli wyślesz sygnał, że cię odkryliśmy i znamy twą prawdziwą naturę, to pan Butch z przyjemnością zapozna cię ze śluzą powietrzną… Swoją drogą, Butch, przyniesiesz z łaski swojej tą herbatę, czy nie?

Przekonanie Ash nie było aż tak trudne, w końcu argument był bardzo prosty, warunek finitywny dla je żywota, zaś szanse na wykombinowanie jakiegoś awaryjnego planu praktycznie znikome. Gdyby tak teoretycznie dała szansę podejścia nas Hadarakowi, gdyby tak udało się im nas zaskoczyć, to mogliby ją odbić w trakcie abordażu. Ewentualnie mogłaby kontynuować z nami podróż, udać, że wejdzie w część załogi, wiodłaby za nami po Ekspansji, działając jak nadajnik, pozwalając Felowi nękać nas pułapkami, zastawiać wnyki w portach na naszych ludzi, a gdyby uznała, że jest za gorąco, zawsze mogłaby zejść z pokładu i rozmyć się w tłuszczy jednej z zaludnionych planet czy portów. Musieliśmy rozprawić się z konkurentem „tu i teraz”, jak to mawiają. Ash nie miała wyjścia, nawet jeśli oryginalny plan zakładał jej pojmanie lub coś podobnego, musiała pójść na współpracę i być użyteczną, gdyż w przeciwnym wypadku, mogliśmy ponownie przywrócić równowagę konfliktu pozbywając się jej na dobre. Thurim oraz Ingrid starali się z nią pertraktować, wywiedzieć się jeszcze czegoś, gdzie ostatnim razem był okręt Fela, gdzie się udał, lecz nie dysponowała niczym wartościowym, samymi ogólnikami, co było dość zrozumiałe, Hadarak musiał się zabezpieczyć na ewentualność tortur. Lądownik wysadził ich półtora dnia wcześniej, zawinął się i znikł. Czy pozostawał po przeciwnej stronie planety? Czy ruszył w stronę lodowatego kręgu? Tego nie wiedziała ani ona, ani para ocalałych żołdaków.
Ustaliliśmy kurs, zaś Ingrid pomogła zidentyfikować grupę asteroid spowitych lodem, którą widziała w obcym planetarium. Obserwacje uwieczniła aparatem wbudowanym w gogle, więc mieliśmy punkt odniesienia. Wzięliśmy kilka poprawek na ruch pasa zmarzliny, ruch planety i spędzony czas na orbicie, tak by wyliczyć gdzie powinien znajdować się wrak.
Ostatnie godziny podejścia były ekscytujące. Dla Orbesta Draya, starca z załogi mego dawnego krewnego, ta cała wyprawa miała niemal spirytualistyczny wymiar. Opowiadał z takim zawzięciem o skarbach, o cennej antycznej technologii, że świeciły się mu oczy, jakby w wyobraźni zobaczył górę ze złota. Udzielały się nam jego opowieści, bo pomyśleć ile taki stary wilk może cykli przeżyć robiąc absolutnie nic. Co najwyżej służyć w nudnych i przewidywalnych misjach, czasami napadną piraci, czasem coś nawali, to jedyna ponura ekscytacja… Wraca taki do portu, siada w tawernie i słucha towarzyszy, jak ci opowiadają, że ktoś im opowiedział, jak ktoś opowiadał, że cuda się działy, hen tam daleko, skarby i przygody, i tak dalej, i tak dalej. A on słuchał i smucił się, że nic ciekawego go w życiu nie spotka, może co najwyżej zginąć w bitwie. My, na wyciągnięcie ręki mieliśmy okręt, który spowity był legendami, wrak wypchany najprawdziwszym skarbem. Jak tu się nie ekscytować?
W regularnych interwałach skanowaliśmy przestrzeń dookoła nas, setki tysięcy kilometrów w każdą stronę, byliśmy z dala od Magoros Primus, więc gdyby Fel krył się za planetą i chciał nas dogonić, musiałby się ruszyć. Nie widzieliśmy go nigdzie, a zatem jego fregata musiała kryć się gdzieś z dala, między lodowcami pasa asteroid. Czekał, podobnie jak i my, a do tego nie musiał się nam pokazywać, by wiedzieć gdzie jesteśmy.
Kolejna godzina minęła, a blade światło pulsara, w tej monstrualnej odległości, rozświetlało jedną część asteroid, przeciwną zostawiając w granatowych ciemnościach. Sama gwiazda wydawała się zaledwie jasnym punkcikiem i zlewała z resztą na tle czarnej pustki. Nasz krążownik sunął ostrożnie, manewrując delikatniej i starając się utrzymać równy dystans od zlodowaciałych brył majestatycznie płynących przez bezkres, obracając się powoli w osobliwym tańcu pełnym piruetów. Bryły swoimi rozmiarami dorównywały planetarnym wyspom, wydawały się być zrębami kontynentów, jakby ktoś wziął kawał planety na pieniek i rąbał podłużne szczapy, ciskając trocinami w niebo. Gdybyśmy się z jednym odłamkiem zderzyli, byłoby po nas. Między kolosalnymi kształtami dryfowały mniejsze, niekiedy przypominały chmury mikroskopijnych diamentów, kiedy indziej przelatywały tuż obok z ogromną prędkością, rozbijając się o pobliskie molochy lub ześlizgując się z naszych tarcz.
Co jakiś czas docierała do nas emisja pulsara. Na mostku robiło się nerwowo. Stałem na stanowisku dowodzenia, skąd przez strzeliste wizjery miałem dobry wzgląd na otoczenie, ale słyszałem jak załoga dookoła mnie panikuje. Ekrany kogitatorów zaczęły szumieć, wyświetlacz taktyczny wariował w jednej sekundzie identyfikując najmniejszy kamyczek jako śmiertelne zagrożenie i wzniecając alert kolizyjny, innym razem zgłaszając, że dookoła nas pojawiło się aż czterdzieści okrętów o nieokreślonej klasie, a jeszcze innym razem, zupełnie się rozmywał, jakby Secutor płynął przez pustkę pozbawioną jakiejkolwiek materii.
Kazałem zrestartować zegar odliczający do kolejnej emisji, zaś moja załoga stopniowo reaktywowała elektroniczne podsystemy. Odzyskaliśmy nawigację, następnie dalekie sensory, rozpoznanie wróciło do pracy, analizując zdjęcie poczynione przez pannę Garrow. Thurim osobiście pilnował, by nasza nowa przyjaciółka i jej zwierzątko, nie czuły się na tyle wolne, by otwarcie sabotować naszą operację.
Nareszcie oblecieliśmy zlodowaciałego olbrzyma, który od kilku godzin majaczył na horyzoncie naturalnej, niewspomaganej wizji. Podróż była długa i męcząca, siedzieliśmy na krawędziach foteli i krzeseł, spodziewając się wszystkiego. Zmiany niewiele dawały, przynajmniej nie oficerom, którzy wiedzieli jaka jest stawka. Nie mogliśmy się zdrzemnąć, czekaliśmy jak na objawienie.
Aż w końcu ujrzeliśmy… Cmentarzysko.


***

Nasz lądownik został za lodowatą górą, która wyrastała z masywu zmarzliny jak odwrócony sopel. Przylgnęliśmy do najbliższej osłony, gdy nieopodal nas rozbił się pocisk. Kto strzelił? Prawdopodobnie ktoś z ludzi Fela. Zastawili na nas zasadzkę, mieli mnóstwo czasu. Na szczęście grawitacja była tam mniejsza, więc strzelec biorąc poprawkę na  opad pocisku przeliczył się, i uderzył zaraz nad głową zbrojmistrzyni. Sylwetka Secutora płynęła daleko nad nami, po czarnym niebie, a wokół niego podobne latające wyspy, zaś na powierzchni, gdzie wylądowaliśmy, kryształy lodu obłapiały dziesiątki wraków. Okręty małe, duże, frachtowce, fregaty, na oko wszystkiego po trochu. Stare molochy, które albo starały się odnaleźć ten sam skarb, albo stawiły część dawnej floty. Między nimi, zaledwie trzysta metrów, nad krajobraz zmarzliny najeżonej ostrymi soplowymi kształtami lub masami pogiętego metalu, wybijał się dziób Imperialnego okrętu. Ostry klin frontowego pancerza pokryty był warstwą szronu grubą na tyle, że nie mogliśmy odczytać niczego, co zostało tam zapisane, niemniej dobrze wiedzieliśmy, że to był ten okręt. Ścieżka Sprawiedliwych, wołał nas i przyciągał, chcieliśmy zbadać jego ładownie i opić się sukcesem, ale gdzieś w lodowcach czaiła się zasadzka. Była nas szóstka, ja, panna Garrow i czwórka jej ludzi, to nie miało trwać długo, chcieliśmy przeprowadzić rozpoznanie, zobaczyć co wrak ma do zaoferowania i czy w ogóle jest wart zachodu. Można się spytać, czemu zostawiłem swój własny okręt pod dowództwem Gillama Corta i Garibalda Butcha, czemu ryzykowałem, gdy nad nami, gdzieś między lodowcami, skrywała się wroga jednostka. Odpowiedź jest prosta, bo miałem dobry plan, plan, który kosztować mógł Fela więcej niżby chciał.
Ingrid Garrow, jak i reszta z nas zamknięta w szczelnym kombinezonie, wychynęła na chwilę by spojrzeć termiczną wizją na krajobraz przed nami. Nawet jeśli tamci mieli na sobie podobną ochronę środowiskową, ich broń już nie, przez co nagrzana od wystrzału lufa świeciła się jak latarnia w zupełnej ciemności. Jeden z ludzi Ingrid, niejaki Cliff Chomsky, miał przy sobie laserowy miotacz podłączony do ciężkiego plecaka z baterią, co nasunęło mi pewien pomysł. Wiedzieliśmy, gdzie snajper się znajduje, lecz nie jak skrócić dystans w bezpieczny sposób.
-Nie dam rady go szybko namierzyć i ustrzelić – twardziel odpowiedział zbrojmistrzyni, z czym musiała się zgodzić. Przez Ingrid przemawiało zdeterminowanie odbiegnięcia w gęstwinę wraków i brył lodu, gdzie mogliśmy przemknąć spokojnie, niestety snajper przygwoździł nas nim podeszliśmy do właściwego krateru z głównym wrakiem.
-Strzel w ziemię, przed nim – poleciłem spokojnie i podjąłem swój boltowy pistolet. – A potem biegniemy, co sił w nogach, do tamtych hałd złomu.
-Tylko zwróci na siebie uwagę – westchnęła panna Garrow.
-Nie w tym rzecz – rzekłem wskazując na broń osiłka z jej drużyny. – To laser. Walnij wiązką w bryłę zamarzniętej wody, a co się stanie?
Brunetka pomyślała przez chwilę, czułem jak za maską unosi jedną brew, byłem tego pewien. Skinęła podkomendnemu głową, a ten wygramolił się na jedno kolano, szybko wycelował broń i pociągnął za spust. Seria rubinowych promieni runęła w solidną lodową powierzchnię zaraz przed stanowiskiem, gdzie krył się snajper. Absolutna kosmiczna zmarzlina nagle dostała dawką skondensowanej energii, topiąc się. Woda zawrzała, a wybuch pary nie dość, że stworzył przed snajperem kolumnę bieli, to jeszcze wyrzucił mnóstwo odłamków. Przeskoczyliśmy naszą osłonę i pognaliśmy w stronę wrakowiska, między szczątkami Ścieżki Sprawiedliwych, ale i innych jednostek. Przebiegliśmy pod kadłubem starego modelu Aquili, lądownika, który wbił się dziobem w lodowiec, masakrując przy tym załogę. Dalej, wzdłuż kabli i rur, rozprutego transportowca, który nieporadnie leżał na burcie, jak olbrzymia ryba, której ktoś rozciął brzuch. Wszystko skostniało i przymarzło do ziemi. Obiegliśmy stanowisko snajpera, Ingrid znalazła jego ślady, wycofywał się zapewne na inną upatrzoną z góry pozycję.
Podążyliśmy za nim, po chwili zauważając uciekającego mężczyznę. Miotacze laserowe odezwały się, chwytając biedaka, nim ten zdążył wskoczyć w kolejną kryjówkę. Obnażyliśmy tym samym plan kolejnej zasadzki. W ruinach czekała jeszcze piątka ludzi Fela z jednym konkretnym celem na myśli – powstrzymaniem nas. Rozgorzała walka, zaś mroczna strona asteroidy pulsowała od czerwonych rozbłysków. Z Secutora docierały zapytania i raporty, chcieli dosłać posiłki, lecz na tym etapie, gdy ludzie Fela wiedzieli o naszej obecności i zdawali sobie sprawę, że możemy posiłków potrzebować, mogliby zestrzelić lądownik. Niepotrzebne ryzyko.
Tym razem to oni byli zaskoczeni i czwórka naszych strzelców bezbłędnie zdejmowała opozycję z daleka, mając przewagę broni, która w tak lekkiej grawitacji nie podbijała po każdym wystrzale. Wystarczyło wycelować i pociągnąć za spust, a promień energii przepalał się przez kombinezon. Jeśli nie trafił, wzniecał dookoła celu chmurę, co szybko się rozwiewała, lecz przynajmniej katowało wroga odłamkami. Cliff w ten sposób wystrzelił jednego z przeciwników w górę, gdy kanonada z miotacza trafiła pod stopy nieszczęśnika, zaś erupcja pary wypchnęła go, jakby ten stanął na dyszy odrzutowego silnika. Nieporadne ciało wirowało w powietrzu, żołdak machał kończynami, jakby próbował pływać, lecz atmosfera wokół asteroidy prawie nie istniała, poza najbardziej schłodzonymi i ciężkimi gazami, których rzadka mgiełka unosiła się zaraz nad powierzchnią.
Ingrid oszczędzała swój bolter, choć dała mu niemo zaśpiewać. Bardziej niż słyszeć wystrzały, czuliśmy drżenie gruntu, gdy wyzwoliła parę pocisków. Jeden trafił zucha, co właśnie zamierzał rzucić się na nią z wysoko uniesionym mieczem. Trzeba przyznać, że podkradł się dość blisko w całym zamieszaniu. Bolt rozwiercił skafander, uciekło zeń powietrze i jakby tego było mało, eksplodował wyrywając w trzewiach okropną dziurę. Krwiste ochłapy obrosły szronem i zamarzły nim biedak zwalił się na ziemię, a tam już kolejny pocisk leciał w pobliskiego towarzysza. Pozbyliśmy się ich szybko i bez zbędnego hałasu, choć byłem pewien, że meldunki słali równie intensywnie co i my. Secutor odbierał komunikaty z asteroidy, zarówno nasze jak i ich, lecz żaden nie był słany przez eter w kierunku innego okrętu, co mogło sugerować, że Hadarak Fel był z nami na powierzchni i sam koordynował obronę.
Stanęliśmy przed kadłubem majestatycznego wraku, choć ornamenty dawno temu odpadły lub pokrył je lód, Ścieżka Sprawiedliwych wyglądała nadal imponująco. Istny antyk jakich nie produkowano od tysięcy lat, za razem wielka szkoda, że czekał go właśnie taki los, grobowca i zapomnianego skarbca. Frontowa część wznosiła się na ścianie krateru, był w połowie pęknięty, starał się lądować, dźwignąć w górę dziób, nawet kosztem zmiażdżenia niższych pokładów, jakby coś ściągnęło go na powierzchnię. Pęknięcie w kadłubie prawie przełamało wrak na dwie części, jeszcze połączone zmiażdżonymi górnymi poziomami. Pokłady stały przed nimi otworem, dziesiątki sekcji pnących się jak warstwy i piętra habitatu mieszkalnego. Pancerz zewnętrzny znaczyły przeróżnie żłobienia, dziury i wyrwy, poczynione niezliczonymi uderzeniami rozpędzonych kosmicznych odłamków. Spojrzeliśmy jeszcze raz na Secutora, wyglądał jak maleńka zabawka, mikry model wielkości paznokcia, którego pokładowe oświetlenie odcinało się na mrocznym tle. Czas było nam wstąpić w trzewia lewiatana…


Błądziliśmy mrocznymi korytarzami, rozświetlając sobie drogę czy to za pomocą gogli, latarek, czy w moim przypadku, implantu, który pozwalał mi widzieć w ciemnościach, choćby nawet w najbardziej mdłym odcieniu zieleni. Szukanie schodów i odpowiednich działów zajęło sporo czasu, niektóre z sekcji były nieodwracalnie zniszczone, inne zachowały się w znośnym stanie. Uważaliśmy, by nie wejść w kolejną pułapkę, w tak ciasnych korytarzach mogliby zastawić na nas ukryte miny, choć z drugiej strony, przewidzieć którędy mogliśmy przejść w kolosalnym labiryncie też byłoby nie lada wyczynem.
Naturalnie od razu ruszyliśmy do ładowni, co odcięło naszą komunikację z orbitą. W gęstwinie metalu zakłócenia były równie intensywne co te fundowane przez odległą gwiazdę. Stanęliśmy w szerokim ładownym holu, nieopodal windy prowadzącej na sprasowane lądowisko w podbrzuszu okrętu. Przed nami znajdowały się wrota, śluza wysoka na blisko piętnaście metrów i szeroka na trzydzieści, gruba gródź z symbolami antycznego rodu, automatycznymi pieczęciami, których nie mogliśmy złamać. Jeden z drużyny Ingrid był technikiem i łącznościowcem, dźwigał przenośny kogitator, który podłączył do gniazda w zmarzniętej naściennej konsoli, odkrywając ku naszemu zdziwieniu, że w okręcie, mimo setek lat jakie upłynęły, wciąż znajdowała się energia. Ładunki zakopane gdzieś głęboko w akumulatorach, wciąż na skraju wyczerpania. Przeprowadził wstępną diagnozę wrót dochodząc do wniosku, że nawet z ciężkim sprzętem musielibyśmy przepalać się kilka długich dni, by dobrać do wnętrza ładowni. To nie wchodziło w grę.

Gdy dotarliśmy na mostek uderzyło w nas chłodne powietrze, uwięzione w oszklonej komorze wraz z ostatnimi ofiarami. Przez wysokie wizjery widać było ugwieżdżoną czerń pustki. Na froncie trwało stanowisko dowodzenia, z którego niegdyś kapitan wydawał rozkazy. Dalej w centrum znajdował się tron nawigatora, pusty, obleczony kablami, ozdobiony insygniami. Pod tylną ścianą zaś stał fotel na wypiętrzeniu, w którym urzędował niegdyś sam lord kapitan. Po obu stronach zaś stały stanowiska oficerów z różnych działów, większość pusta, choć przy niektórych wciąż sine, zamarznięte trupy siedziały z twarzami przyklejonymi do konsolet i wygaszonych ekranów.
-Marty – zawołała Ingrid i zdjęła hełm, upewniając się uprzednio, że atmosfera nadaje się do oddychania. – Znajdź centralny kogitator.
Szczupły żołnierz dźwigający masę elektroniki skinął jej i także z ulgą zdjął hełm. Przed naszymi twarzami wyrosły obłoczki pary. Powietrza w zamkniętej komnacie mostka nie było za wiele, ale zawsze dostatecznie dużo, by oszczędzić zapas w kombinezonach, nawet jeśli na kilkanaście minut. Podszedłem do jednego z okien i chwytając za lornetkę, rzuciłem okiem na podejście, które musieliśmy przebyć, oraz pnącą się w oddali górę skrystalizowanej wody. Tam gdzieś stał nasz lądownik. Próbowałem się z nim połączyć, udało się, choć zakłócenia były intensywne.
Gillam Cort dzielił się z nami obserwacjami, Secutor patrolował skrawek kosmosu, lecz nic nowego nie znalazł.
Nasz spec od elektroniki podłączył się do westybulu centralnego kogitatora i puścił przezeń odrobinę więcej energii. Maszyna działała, ledwo, bo ledwo, lecz duch maszyny jeszcze tam tkwił, rozumiał ciche szepty jakimi doń przemawialiśmy. Marty Cass zadanie miał jedno, otworzyć ładownie i zabrał się za nie nim ja czy panna Garrow zdążyliśmy wydać mu taki rozkaz. Byliśmy tak blisko, prawdziwy skarb na wyciągnięcie dłoni, młodemu żołnierzowi udzieliło się tak jak i nam.
-Nie zastanawia cię jak tyle wraków spadło na tą asteroidę? – Spytała Ingrid podchodząc do okna, przy którym stałem.
-Zastanawia, owszem – odpowiedziałem. – Lecz żaden z konceptów nie ma sensu. Zupełnie, jakby się tu celowo rozbijali.
-Może usiłowali „wyrwać” wrak?
-Wyciągnąć go z lodu? Nie ma szans, każdy kapitan by na to wpadł, wystarczy przeprowadzić analizę. Co bardziej mnie zastanawia, to czemu są tu roztrzaskane lądowniki. Dlaczego wszystkie wraki są na tej asteroidzie, a nie żadnej innej?
-Może ten wrak jest przeklęty? – Zbrojmistrzyni zaśmiała się, opierając dłonie o barierkę i wychylając, by obejrzeć sobie otaczający nas lodowiec z nowej perspektywy.
-Daruj, Ingrid… Gdyby był przeklęty znaleźlibyśmy go bez mapy.
-Mówisz z doświadczenia?
-Skłamałbym mówiąc, że nie. To takie niepisane prawo. Świat sam wie jak drogo sprzedawać to co dla ciebie wartościowe, i jak podsunąć kąsek, na którym się udławisz. Ten drugi pojawia się znienacka na srebrnym talerzu, gdy najmniej się tego spodziewasz.
-Może ten stary Dray jest takim właśnie talerzem?
Nim zdążyłem odpowiedzieć, całym okrętem wstrząsnęło. Zgrzyt metalu z głębi, zeskrobywany lód i trzask przekładni, to wszystko złożyło się na makabryczny hałas, drgania niosły się przez całą konstrukcję, czuliśmy ją stopami i dłońmi opartymi o barierki.
Wtem otwarły się wrota na mostek! Odruchowo chcieliśmy założyć hełmy, lecz powietrze nie wyciekło, o dziwo. Zamiast tego, z mroku padło kilka strzałów, wymierzonych w Martiego, klęczącego nieopodal kapitańskiego fotela, gdzie wpiął swój sprzęt w kogitator centralny. Zdążył poderwać broń, podrzucić do ramienia, lecz padł trupem, nim obrał cel. Reszta rzuciła się za pulpity nawigacyjne. Ja wraz z Ingrid doskoczyliśmy do stanowiska dowódczego przed frontowymi wizjerami. Zauważyliśmy jak do wnętrza wbiega trójka ludzi, oraz dwa serwitory bojowe, ciężko człapiące za swymi właścicielami, oni także dopadli do najbliższych osłon.
-Dziękuję, za otwarcie sejfu – zarechotał charkliwy męski głos. – Jestem niezwykle wdzięczny. W innej sytuacji, może nawet bym się z wami podzielił łupem, ale czekałem zbyt długo, a coś mi mówi, że i dla was to sprawa zbyt osobista.
-Niech zgadnę… Fel? – Spytałem, namierzając jego odbicie w przezroczystej tafli wizjera. Postawny blondyn o kaprawym spojrzeniu, lekko podkrążonych oczach i blado-szarej cerze zdradzającej intensywny prolong. Wpakował pewnie fortunę by wyglądać i czuć się młodo, czego wcale się mu nie dziwiłem. W końcu zauważył i mą twarz, nasze spojrzenia skrzyżowały się, choć jedynie odbite. Z oczu biła determinacja, pasja, coś czego żaden z naszej profesji nie mógł się łatwo pozbyć. Tym mężczyzną zawładnęła do stopnia, gdzie nie mógł się zwyczajnie poddać, gdzie uzależnił się od władzy i własnej ambicji, niezależnie czy ta ustawiała przed nim nieosiągalne cele.
-Słyszałem o twym kuzynie, o twym dziadzie, o twym wujostwie, Fist. Nie znałem ich osobiście – zaśmiał się sprawdzając własny boltowy pistolet. – Ale znałem i szanuję co osiągnęli… Ciebie jednak nie znam, jesteś w Ekspansji nowy. Nie insynuuj sobie, że jak jakiś stary dziad da ci kamień, pamiątkę od krewnego, to ci się należą nasze skarby. Jesteś tu nowy, Dray nie dał ci żadnego pierwszeństwa, a teraz, z łaski swojej, zgiń grzecznie.
-Czyli Fel – odpowiedziałem za niego, gdy sam nie był skory się przedstawić. – Powiedz no, znalazłeś gdzieś bliżej jakieś ładne miejsce do lądowania, czy któryś z tych wraków dookoła to ta twoja łupinka, bo jakoś szukamy cię i szukamy i znaleźć nie możemy.
-Zdaję sobie sprawę z własnych możliwości, Fist. Ty też powinieneś.
Dwa serwitory na sygnał Hadaraka zaczęły okrążać stanowiska z kogitatorami. Ich wpół mechaniczne cielska obwieszone były wszelaką bronią, wyglądały jak trupy, które od wieków są na służbie, walczą, zaś odniesione rany łatają kolejnymi płytami pancerza, przynitowanymi do sinej skóry. Po co Hadarak się w ogóle zaanonsował? Przecież mógł zastawić na nas pułapkę przy wejściu do skarbca, a zamiast tego czekał, zaczajony po drugiej stronie mostka. Być może chciał usunąć jedynego speca, który był w stanie zatrzasnąć wrota i go uwięzić. Ciało Martiego leżało przy tronie kapitańskim, wokół niego rosła kałuża krwi. Ingrid syknęła coś do swych ludzi, po czym wychynęła szybko zza krawędzi podestu dowódczego i oddała serię w najbliższego serwitora, nim ten zdążył wziąć ją na cel. Ja zaś widziałem Fela w odbiciu, śmiał się i spoglądał co jakiś czas na zegarek, jakby czegoś ważnego wyczekując.
Bolty zrosiły serwitora, niektóre z trudem przebijały się przez pancerz, lecz gdy tak się stało, wyrywały w jego cielsku potężne wyrwy. Mechanoidem zarzuciło, jego łeb próbował ponownie namierzyć jakiś cel, gdy kolejny z ludzi Garrow, niejaki Falkner, wychynął zza zasłony i posłał serię w najbliższego z ochroniarzy Fela, chcąc go przygwoździć ogniem. Gdy Fel we własnej osobie podniósł się, by zrewanżować się nam ostrzałem, seria pocisków padła na jego osłonę, krzesząc iskry, gdy rykoszety dziko świstały w powietrzu. Posłał na oślep jeden bolt nim schował się z powrotem za zasłonę, ponownie spoglądając na zegarek. Chomsky w tym czasie, widząc rozerwane ciało kolegi, podjął swój piekielny miotacz, chwycił go mocno w obie dłonie i wycelował w kolejnego serwitora. Seria rubinowych wiązek przypaliła pancerz, sprawiła, że skóra serwitora zaskwierczała, topiła się lub paliła żywcem, lecz na nim nie zrobiło to większego wrażenia.
Strzelanina trwała, nasi i ich ludzie wymieniali się salwami, zaś para ciężkich serwitorów mozolnie zmierzała w naszą stronę. Ciemny mostek rozbłyskiwał od wystrzałów, huki wzruszały ścianami, z których opadał kurz, wzniecając lekko mglistą zasłonę.
-Założyć hełmy! – wydałem rozkaz w obawie, że jedno z okien może nagle popękać od wystrzałów, zaś sama atmosfera, zostać wyssana na zewnątrz razem z nami. Kątem oka zauważyłem jak Hadarak powoli odsuwa się w stronę wyjścia, Ingrid też zwróciła na to uwagę. Maskę kombinezonu już nałożyła, więc, gdy spostrzegłem, że dłonie ma wolne, sam wepchnąłem jej granat, gotując się do wypadu na najbliższego serwitora. Ich cielska były pancerne i potężne, broń niewiele działała. Granat poszybował między obie maszyny, i nieopodal jednego z zaczajonych żołnierzy Fela. Wybuch powalił jeden z automatów, drugim zaś mocno wstrząsnął, a najbliższy człek przeklął i odsunął się dalej za zasłonę. W całej kanonadzie, nasz dziarski osiłek wypruł na oko połowę ładunku baterii niesionej na plecach, lecz tym razem skoncentrowana energia lasera skutecznie przepaliła się przez pancerz serwitora i stopiła kable w mechanicznej ręce. Mierzył zeń wmontowanym karabinem maszynowym, który teraz opadł, gdy olej wyciekł z siłowników, sycząc na rozgrzanych elementach. Maszyna spoglądała się tępo na swe ramię, nie mogąc zrozumieć co się stało. Wtem Chomsky dostał od przybocznego Hadaraka, który także wychynął, widać polując na naszego towarzysza i posłał mu serię z krótszej wersji, pistolet maszynowy zaterkotał sypiąc gradem pocisków. Chomsky padł za zasłonę i przylgnął doń plecami, złapał się za głowę, po stronie jego czaszki ściekała struga krwi.
Wreszcie nadeszła szansa, trzymając miecz w dłoni widziałem, jak Hadarak i jego ludzie powoli się wycofują, zostawiwszy serwitora za sobą. Wybiegłem zza podium, dopadając machiny i jednym szybkim ruchem błyszczące ostrze siłowego kordelasa zetknęło się ze łbem maszyny. Na krawędzi tańczył potężny ładunek, moc rozrywająca molekuły na swej drodze i przyspieszająca najmniejsze z cząsteczek ogromną dawką energii. Mózg serwitora eksplodował, niczym szybkowar z zatkanymi wentylami, nie mogąc znieść ciśnienia. Szara parująca breja zachlapała podłogę zaraz za nim, gdy zwalił się w nią bez dalszych oznak życia.
-Za mną! – Krzyknąłem, widząc jak Hadarak Fel ucieka przez drzwi, którymi wszak przybył.
Coś mi podpowiadało, że to pułapka, że nie powinniśmy tego robić, a jednak pognałem za nim. Ingrid biegła zaraz za mną, zbierając swych ludzi i szybko sprawdzając jak się mają. Chomsky dostał zaraz nad skronią, krew zalewała mu twarz, lecz założył hełm według polecenia. Jeśli mieliśmy ścigać ich przez nieznane zakamarki okrętu, to powinniśmy być gotowi na wszystko.
Zaraz za mostkiem było kilka zrujnowanych korytarzy. Nad poskręcanym metalem podłóg trzeba było skakać, pod wiszącymi rurami i kablami, musieliśmy się schylać, aż dotarliśmy do galerii widokowej. Z jednej strony, cała ściana usiana była spękanymi wizjerami, z których mieliśmy wzgląd na połacie lodowca ciągnące się po horyzont olbrzymiej asteroidy, a w tym i cmentarzysko statków roztrzaskanych o jej powierzchnię. Antyczne szyby poznaczone były pajęczynami pęknięć, lecz nadal się trzymały, pozwalając jednemu człowiekowi na uraczenie nas swą podłą aparycją. Na końcu stał Fel, unosząc wysoko dłonie, jakby się poddawał. Był sam, pistolet trzymał w jednej ręce, w drugiej zaś monometaliczny miecz. Oba eksponując nam uważnie. Nie stał za zasłoną, lecz na panelach korytarza, i gdy tylko ustawiliśmy się przy przeciwnym wyjściu, coś mnie tknęło. Zabroniłem reszcie iść dalej, spojrzałem po suficie i ścianach, czy gdzieś może być ukryta mina lub jakaś pułapka.
-No to mnie macie. Poddaję się – blondyn rzekł, rzucając broń na ziemię i powoli ściągnął zegarek, trzymając go przed twarzą.
-Co ty kombinujesz, Fel? – Spytałem, dając krok do przodu. Punkcik laserowego projektora podwieszonego pod moim pistoletem trwał na jego grdyce.
Ingrid także w niego wymierzyła, podobnie jak jej ludzie.
-Nic – wzruszył ramionami. – Pokonaliście mnie, chciałem się z wami rozprawić, a teraz mój ostatni sługa zwiał… Jestem tu sam, i tak byście mnie znaleźli, więc, lepiej jak się poddam.
-Jakoś ci nie wierzę. Sądzę, że grasz na zwłokę.
-I bardzo dobrze sądzisz.
-Powinniśmy zrobić z niego zwłoki, szefie – odezwał się Chomsky obolałym głosem.
-No dobrze – powiedział Hadarak, uśmiechając się szerzej. – Miałem nadzieję podgrywać swą rolę dłużej, ale tak się ładnie złożyło, że czas nam dobiegł końca… To znaczy wam. W sumie, to chodziło tylko o kilka sekund więcej, miałem nadzieję przyskrzynić was na mostku, ale rozprawiliście się z serwitorami odrobinę zbyt szybko.
Wtem, za oknami nastąpił intensywny rozbłysk. Cienka atmosfera asteroidy najeżyła się barwnymi kształtami, pas lodowych kolosów zajaśniał, zwiastując nadejście kolejnego wyładowania pulsara. I nagle wszystko się zmieniło… Po ścianach zaczęły skakać maleńkie wyładowania, miniaturowe błyskawice buczącej energii, zaś uśmiech Hadaraka tylko rósł.
Nagle poczułem, jakby przygniotła mnie lawina głazów! Mój kombinezon pociągnął mnie w tył, w mych dłoniach zaciążył kordelas i boltowy pistolet. Padłem na ziemię czując jak spoczywa na mnie ogromny niewidzialny ciężar! Nie mogłem się poderwać! Spojrzałem na resztę ludzi, wszyscy zwalili się na ziemię, ich broń przylgnęła do podłogi, zaś kombinezony także nie pozwalały się ruszać! Ingrid leżała na brzuchu, jęczała czując okropną moc która przygniatała ją do ziemi. Plecak z systemem dystrybucji i filtracji powietrza napierał na jej plecy, zaś lewym, syntetycznym ramieniem nie mogła nawet drgnąć.
Spojrzałem na Hadaraka Fela, który stał sobie zwyczajnie i zbliżał się do nas. W między czasie wydobył skromny pakunek z materiału. Poklepał się po swym odzieniu, konkretnie po piersi, mówiąc:
-Tworzywo sztuczne… Ani grama metalu – zaśmiał się podchodząc bliżej i górując nad nami, jakbyśmy byli zdani na jego łaskę.
Stało się jasne, że zostaliśmy schwytani w potwornie silne magnetyczne pole. Wszystkie elementy, jak nasze plecaki, wzmocnienia pancerza, broń oraz ramię Ingrid zaczęła przyciągać koszmarna siła. Dlaczego? Przecież nie zauważyliśmy nic takiego w pobliżu żadnej innej asteroidy, nie reagowały na emisję pulsara, zaś ta na której wylądowaliśmy zamieniła się w tytaniczny magnes!
-Mieliśmy trochę więcej czasu na obserwacje – zaśmiał się oprawca, kładąc obok mnie spokojnie pakuneczek, na którym spoczywał miniaturowy czasowy wyświetlacz. Ładunek wybuchowy jak nic, pozwoliłby Hadarakowi pozbyć się nas wszystkich. Broń musiał odrzucić, gdyż i tą przyciągnęło magnetyczne oddziaływanie, nie mógł nas zadźgać, ani zastrzelić, lecz solidna eksplozja powinna uporać się z nami wszystkimi i to na dobre. Przekląłem sam siebie, próbowałem szarpnąć ręką. Mogłem nią ruszyć wypuściwszy kordelas, lecz metalowe elementy w kombinezonie sprawiały, że z ledwością oderwałem ramię od podłogi.
-Ta asteroida to unikatowa anomalia, ściąga wszystko z całej okolicy, jak odkurzacz. O! Popatrz na swój okręt chociażby – Fel przykląkł nieopodal, poza mym zasięgiem, ułożył pakuneczek i odpalił licznik wskazując na wiszącego na orbicie Secutora. Widzieliśmy go ledwo przez rysy na szklanej tafli, lecz widziałem, że jego sylwetka się zmieniła. Ustawił się dyszami bardziej w naszą stronę, jasne światło zdradziło, że załoga mego okrętu stawiała czemuś czoła… Czyżby to możliwe, że oddziaływanie magnetyczne było aż tak potężne, by ściągać okręty na powierzchnię?! Tłumaczyłoby skąd wzięło się cmentarzysko i w jaki sposób rozbiła się tam Ścieżka Sprawiedliwych.
-To nie wszystko, Fist. Myślałeś, że będziemy tak szybko kwita? Że się podzielę? Siedzę w tym zawodzie zbyt długo, by mi ktoś taki jak ty, byle chłystek spoza Ekspansji wchodził w paradę. Ja zdaję sobie sprawę ze swych możliwości… I ty powinieneś.
Wtem Secutor zajaśniał od rozbłysków tarcz, następnie kilka razy coś na nim eksplodowało, maleńkie iskierki z naszej perspektywy, rozjaśniały się i gasły… Byli pod ostrzałem, spadali przyciągani magnetycznym polem a okręt Fela bezwzględnie zarzucił sieci szyjąc do nich z bezpiecznej odległości. Nie widziałem by nasi odpowiadali ogniem, a zatem wroga fregata musiała manewrować poza polem ostrzału.
-Co? Nie masz nic do powiedzenia? A wydawałeś się taki pewny siebie – Fel żartował spoglądając na maleńki wyświetlacz odliczający dwie minuty.
Mogłem odpowiedzieć, ale tym razem nam zależało na czasie. Zawarłem gębę, choć się we mnie gotowało. Hadarak obdarzył mnie miną wyrażającą rozczarowanie. Widząc, że nie zamierzam kontynuować słownej przepychanki, wstał i wzruszył ramionami.
-Cóż. Miłych dwóch ostatnich minut, możesz sobie popatrzyć jak ta mała „łupinka” katuje twój krążownik, nim ten ewentualnie runie i dołączy do tutejszych wraków, ale wątpię, byś dożył do tego momentu.
-Pieprz się, Fel – syknęła Ingrid przez zaciśnięte zęby.
-Garrow… Milcz! – rzuciłem, chcąc ją zdyscyplinować, mając nadzieję że ona zrozumie.
-No, no, Fist. Jakich masz butnych, lecz o wiele bardziej dzielnych podopiecznych. Zamiast milczeć możecie sobie pogadać, powspominać i w ogóle, zostało wam jeszcze półtorej minuty. Ja się z wami żegnam.
Odszedł po chwili, zostawiając nas samych. Odczekałem, aż dudnienie butów Hadaraka znikło gdzieś w głębi korytarzy. Zostawił swą broń, cóż, mógł po nią przyjść później, gdy nas wykończy eksplozja.
Sekundy uciekały nieubłaganie z wyświetlacza, a na oko ładunek był dostateczny, by zmienić nas wszystkich w papkę. Ingrid z trudem przewróciła się na plecy, spoglądała na mnie gniewnie.
-Ekspansja, co? – Zapytała przekornie. – Tyle nam opowiadałeś, i kto by pomyślał… Daliśmy się namówić.
Nie odpowiadałem, zamiast tego sięgnąłem po swój boltowy pistolet. Nie mogłem go unieść, zdawał się zbyt ciężki, ale przysunąłem go do biodra. Po twarzy spływał pot, w hełmach słyszeliśmy trzaski, paniczne zapytania z Secutora, meldunki że są pod ostrzałem i że w stronę asteroidy ściąga ich jakaś siła, której nie potrafią uciec.
-Szlag by to… - dodała Garrow.
-Może byś się zamknęła i mi pomogła! – Zrugałem ją, próbując wgramolić pistolet na swe udo.
-A jak niby! Zaraz nas rozerwie, chcesz sobie w łeb strzelić nim to się stanie?
-Ingrid, pomóż mi z tym pistoletem, albo pierwszą rzeczą jaką zrobię, gdy spotkamy się po drugiej stronie, będzie nakopanie ci do ryja!
Trochę mnie poniosło, aż zaplułem sobie przesłonę maski, lecz sam ton wypowiedzi zadziałał na nią należycie, znaczy się jak kubeł zimnej wody. Ramieniem nie mogła ruszyć, ale podsunęła nogę i pchnęła mą dłoń zakleszczoną na rękojeści broni. Milczała, była na mnie wkurzona, ale ufała na tyle, by zrobić choć tą jedną rzecz. Wytężyłem mięśnie, wolną ręką chwyciłem za przeciwny rękaw, wciągając ramię wyżej i z pomocą panny Garrow ułożyłem pistolet na udzie… Spojrzałem w bok… pięćdziesiąt sekund.
Zgiąłem nogę w kolanie i mozolnie podciągnąłem stopę. Lufa pistoletu przez to się uniosła, wycelowałem nią w nadkruszoną szybę galerii widokowej. Pociągnąłem za spust, a płomień wylotowy i bliskość gorejącego bolta przypaliły mi kombinezon! Pocisk rozbił się na tafli i wybuchł! Odłamki porysowały szkło, samo uderzenie poszerzyło kilka szczelin, cieniutka warstwa szronu odpadła wzruszona mocą broni. Nadal okno było mniej lub bardziej całe. Niech to, przesunąłem nieco nogę, kierując lufę w bardziej pokruszony obszar i znowu wystrzeliłem! Pocisk wybił kilka szklanych bryłek, zaś wokół pajęczyny pęknięć, pojawiło się kilka nowych, skrzeczących rys.
-No dalej, pękaj, sukinsynu! – Przekląłem, posyłając tym razem serię boltów! Pociski rozbijały się na szkle, dudniły, wydzierały kolejne pęknięcia, aż w końcu…
Zupełnie inna moc nami szarpnęła, zerwało nas w kierunku okna, lecz było to uczucie chwilowe! Magnetyzm trzymał nas mocno, czego nie można było powiedzieć o szklanych odłamkach jakie wyleciały ze świstem! Powietrze wysysała próżnia z zawrotną prędkością, do stopnia, gdzie wszystko, co nie było z metalu i złączone z podłożem, wyleciało, zostawiając nas w zupełnej ciszy. Zauważyłem kątem oka, jak pakunek z wybuchowym ładunkiem wyleciał przez otwór, oderwał się od niego wyświetlacz, lecz chyba nie zapalnik, gdyż po chwili zielona paczuszka zamieniła się w jaskrawą kulę z daleka od kadłuba, choć wciąż na tyle blisko, byśmy poczuli drżenie.
Opuściłem nogę i z ulgą odetchnąłem, pozwalając, by boltowy pistolet ześlizgnął się na ziemię. Po chwili usłyszałem śmiech Ingrid w słuchawce hełmu. Podobnie jak jej ludzie, którzy nie mogli uwierzyć we własne szczęście. Mi jednak do śmiechu nie było, do kolejnej emisji gwiazdy zostało dokładnie sto minut, dostatecznie długo by dorwać Hadaraka… To jest, gdy uda nam się wyrwać z tej cholernej magnetycznej anomalii.

***

Panika na mostku była niemała, Gillam Cort i Garibald Butch raz za razem wykrzykiwali jakieś komendy, jeden sterując okrętem, drugi, próbując namierzyć wrogą jednostkę i ją ostrzelać. Całym Secutorem trzęsło, metal trzeszczał i skrzypiał, wyginany od monstrualnych napięć. Podwładni przy konsoletach kogitatorów odczytywali dane.
-Sir, to już pełnia mocy, nadal spadamy! – Wykrzyczał jeden z oficerów. Kolejny raz zaiskrzyły tarcze wokół okrętu absorbując uderzenia kilku pocisków, nim reszta przemogła je i walnęła w kadłub! Wstrząsy były tak mocne i nagłe, że kompensatory inercyjne nie zdążyły ich zaabsorbować. Kilku ludzi spadło ze stanowisk, Butch prawie by się przewrócił, gdyby w ostatnim momencie nie chwycił się barierki.
-Obrócić kadłub! Bateria na lewej burcie, na mój rozkaz! – Ryknął groźnie Garibald, ale jeden z podwładnych z razu odpowiedział:
-Nie nadążamy! Odlatują zbyt szybko.
-Szlag by to!
-Dać rozkaz do startu skrzydłom?
-Żeby się porozbijały, durniu?! Nie!
Wtem w zestawie głośników coś zabrzmiało, oficer łącznościowy stwierdził, że przez zakłócenia po-emisyjne, wreszcie przebił się jakiś sygnał. Cort kazał wrzucić wiadomość na główny kanał, jako, że sam nie miał zbyt wiele czasu podejść do podwładnego w całym zamieszaniu. W kanonadzie trzasków, piśnięć i szumów przebił się znajomy głos samego kapitana, zniekształcony, ucinany przez ustępujące zakłócenia.
-Nie… opierajcie się! – Hanover krzyknął przez eter.
-Sir? Żyjecie? Wysłać pomoc?
-Cort… Nie… Skierujcie dziób… w dół!
Oficerowie spojrzeli po sobie nie rozumiejąc wiadomości. Czyżby życzył im samobójstwa? To był jakiś trik?
-Sir, nie rozumiemy. Jesteśmy przyciągani w kierunku asteroidy, nie możemy się wyrwać.
-Wiem! – Odpowiedział kapitan za pośrednictwem głośników. – Nie opierajcie się! Skierujcie dziób… w dół! Obierzcie kurs na… asteroidę!
-Rozbijemy się!
-Nabierzecie prędkości! Przyciąganie was rozpędzi… Odbijcie z pełną mocą zaraz nad powierzchnią! Przelecicie blisko, prawda, ale… Z uzyskaną energią powinniście się wyrwać!
Gillam Cort przełknął ślinę, pot spływał po jego twarzy. Łysy osiłek nieopodal chyba pierwszy raz w życiu nie oponował i nie wtrącał się. Butch nie znał się tak dobrze na pilotażu całego okrętu jak oficer Cort właśnie i choć były między nimi napięcia, to wreszcie ustąpił. Jeśli ktokolwiek miał przeprowadzić okręt przez to piekło, to mógł być jedynie Gillam.
Ten ciężko westchnął, rozmasował twarz, wycierając pot z czoła.
-Spróbujemy – odpowiedział do najbliższego mikrofonu.

Secutor mozolnie obrócił się w stronę asteroidy. Oddalony o setki kilometrów wrogi okręt katował go ostrzałem. Pociski trafiały w zewnętrzny pancerz wyrywając dziesiątki małych wyrw, szarpiąc płytami, wgniatając je. Pewien eksplodował niebezpiecznie blisko jaśniejących od mocy dysz, aż jedna z nich zaczęła migotać od traconej mocy. Nie mogli nawet wystrzelić chmary myśliwców by odstraszyć napastnika, zająć go czymś. Krążownik nagle przyspieszył, zaczął się zbliżać w stronę asteroidy jak olbrzymia metalowa kometa. Dygotanie na pewien czas ustało, gdy okręt zmierzał ku swej pozornej zgubie. Dziób był wycelowany w horyzont, krawędź lodowego asteroidy. Schodzili szybko, zaś bryła lodu rosła przed nimi do kolosalnych rozmiarów. Nawet jeśli się rozbiją uderzenie będzie na tyle mordercze, że zginą na miejscu, przynajmniej nie będą musieli zdychać z głodu przez miesiące na odległym pustkowiu.
Z powierzchni asteroidy widać było rosnący obiekt, pędził w jej stronę jak podpalony szukający wiadra wody. Przedni klin mienił się czerwienią i złotem, można było rozpoznać ornamenty, obrysy zamkniętych luków torpedowych, aż odezwały się silniki manewrowe. Setki dysz, większych i mniejszych, rozmieszczonych na całej długości kadłuba, zionęły długimi jaskrawymi strumieniami energii, uwalniając moc, jaka na tej odległości zaczęła podgrzewać pobliską masę lodu.
Krążownik powoli odginał się, zmieniał swój kurs, mozolnie unosił dziób zachowując zdumiewającą prędkość. Przyspieszył do absolutnego maksimum biorąc pod uwagę całą masę, nie było jak go powstrzymać. Przez pewien moment wydawało się, że runie na lodowiec, lub że zawadzi o jego powierzchnię, zdzierając zmarzlinę, a przy okazji władowując się w pewną katastrofę. Tarcze błyszczały od pochłanianych odłamków i słupów pary, co strzelały w powietrze jak z armat. Secutor sunął ćwierć kilometra nad powierzchnią asteroidy, cały czas opadając… Sunął z pełną prędkością i jeszcze przyspieszał, aż w końcu, znikł za horyzontem.

Nie widziałem co się stało, mogłem tylko leżeć przygnieciony do podłogi i obserwować krajobraz. Nie było żadnej eksplozji, ale nie odpowiadali na wezwania. Darłem się do voxu, nadajnik słał sygnał do naszego lądownika, a ten wzmacniał i emitował, ale nie było żadnej odezwy.
-Pewnie są po drugiej stronie asteroidy – wtrąciła Ingrid. – Muszą być.
Czy dałem im złą radę? Być może… Ale warto było spróbować. Dookoła nas leżały wraki, wszystkie poza kilkoma lądownikami, uderzyły w powierzchnię rufami, eksponując swe dzioby, to znaczyło, że do końca starali się uciec od asteroidy, siłowali się, pchając kadłuby w przeciwnym kierunku. Lecz de facto przegrywali, nie mając dostatecznej mocy. Okręty spadały, rozbijały się, przypieczętowując swój los. Jedyną szansą było rozpędzenie się do stopnia, gdzie mogli uciec dzięki skumulowanej inercji. Wystrzelić się jak na grawitacyjnej studni.
Leżeliśmy wykończeni, załamani, Secutor się nie odzywał. Wtem poczułem jak magnetyczne pole zelżało, mogłem poruszać ręką, choć wciąż czułem ciężar. Zebraliśmy się z podłogi, w kolejnych czterech minutach oddziaływanie zupełnie zanikło. Pochwyciłem broń z podłogi, uruchomiłem siłowe pole wokół ostrza kordelasa, podejmując decyzję, że go nie schowam do czasu, aż jeszcze jeden gość na tym wraku odpowie za swoje wyczyny.
-Wszyscy żyją? – Spytałem, spoglądając na czwórkę podwładnych.
-Tak – powiedziała zbrojmistrzyni, sprawdziwszy stan swych ludzi.
-To znajdźmy Fela, jesteśmy mu winni małą niespodziankę – rzekłem, ponownie przełączając kanał na linię z lądownikiem. – Fairbanks, kontynuujcie wzywanie Secutora. My możemy zniknąć na kilka chwil, schodzimy w głąb okrętu.
-Co mam przekazać, Sir? – Spytał pilot, siedzący przy przyrządach. – To jest, jeśli ich wywołam…
-Jak ich wywołasz przekaż im dosłownie, do Thurima Sadara, by wypuścili gołębia. Zrozumiałeś?
-Tak, Sir… Wypuścić gołębia, wiadomość do Thurima Sadara.
-Świetnie.

***

Podróż do wnętrza wraku była krótka, relatywnie szybka. Mieliśmy na względzie dorwanie Hadaraka, a to dla naszej przeprawy działało jak głód zaostrzający apetyt dla najgorszego z dań. Jeśli Secutorowi się nie udało? Nie, dostali byśmy meldunek, poczuli uderzenie, a przynajmniej tak sobie wmawiałem. Ale jeśli, nawet jeśli, to jedyną szansą było dorwanie Fela, który mógł nie podejrzewać, że udało nam się przetrwać. Wziąć go za zakładnika i wytargować transport, lub zrobić cokolwiek, co pozwoliłoby nam się stamtąd zabrać. Na pewno musieliśmy działać zanim jego ludzie przybędą, zanim wylądują posiłki. W przeciwnym razie, to my mogliśmy zostać więźniami.
Udaliśmy się w jedyne miejsce, w którym mógł czekać. Był chciwy, tak jak my, i gdy otworem stała wielka ładownia, zapewne ruszył by ją dokładnie zbadać. Istniała także jeszcze jedna alternatywa, zawsze istniała. Modliłem się do Imperatora, by nigdy nie musieć jej zrealizować, niemniej jednak, była rzeczywista. Jeśli Secutor się rozbił, a Hadarak miał dobrać się do mojego skarbu, byłem gotów posłać nas obu, wraz z całym znaleziskiem, prosto w odmęty Ekspansji. Skoro we wraku były jeszcze szczątkowe dawki energii, można by było dzięki nim rozszczelnić i przeciążyć przynajmniej jeden reaktor. Wątpiłem, by wybuch byłby na tyle mocny, by rozgromić całe niebieskie ciało wraz z wrakami, ale przynajmniej upichcić „brudną” eksplozję, wyzwolić plazmę, skazić i stopić wszystko wewnątrz, uczynić raz na zawsze bezużytecznym.
Naprawdę rozważałem taką ewentualność, i to nie raz w ciągu całej mojej kariery, jeśli mam być szczery, wiedząc dobrze, że moja załoga nie zechce pójść na przysłowiowe „dno” razem ze mną. Rozważałem… Do czasu, gdy stanęliśmy u wejścia do ładowni.
Wrota stały rozwarte, pradawna śluza rozpieczętowana, grube płyty odsunięte w głąb ścian. A przed nami, z mroku, wyłaniały się błyszczące brązowe bryły. Wyszliśmy zza osłon, gasząc lampy, gdzieś z głębi ładowni wypływały promienie światła, odbijając się od cudownych powierzchni. Czym była ta machineria? Nie wiedziałem, lecz płyty okrywające antyczne wnętrzności z trybów i kabli, sprawiały, że musiałem się co chwilę zatrzymać, by przyjrzeć uważnie. Inkrustacje i zdobienia warte były wysiłku najlepszych sztukmistrzów, płytkie ryciny poczynione tak precyzyjnie, że mimo upływu tysięcy lat, dało się je odczytać. Nie uświadczyłem ani śladu korozji, ani zepsucia. Nad naszymi głowami pięły się tubusy, rury i przewody regularnie obłożone metalowymi pierścieniami o barwie brązu. Niekiedy metal był matowy, a niekiedy tak wypolerowany, że mogliśmy weń zobaczyć nasze zniekształcone odbicia. Machiny ułożono jedną na drugiej, a mimo wszystko, mimo rozbicia się na asteroidzie, zdawały się być w ogóle nie uszkodzone, jakby uderzenie i tony napierającego metalu nie robiły wrażenia na niższych konstrukcjach. Dookoła niektórych, cięższych elementów, widać było wgięcia i zniekształcenia podłogi, która musiała zaabsorbować część energii.
W ciszy i ostrożnie przemierzaliśmy labirynt cudów, widząc niekiedy nasze wykrzywione sylwetki odbite w szerokich taflach brązu. Czy był to brąz? Może jakiś inny metal? Uwodził doskonałością, a im bliżej niego stąpaliśmy tym mniej doskwierał nam mróz pradawnych wnętrz. Ułożyłem nawet dłoń na jednej ze ścian sądząc, że wyczuję jakieś ciepło. Żadnej różnicy. Może to zwykła iluzja? Nasza ekscytacja bardziej nas rozgrzewała niż gniew i żądza dorwania Hadaraka Fela, ale zapomnieliśmy o presji, czy o uciekającym czasie. Prawdopodobnie nasz cel także.

***

W głębi ładowni wypchanej skarbami, błyszczała samotna lampa na statywie, podłączona do przenośnego akumulatora. Światło iluminowało dziesiątki metalicznych brył połączonych istną pajęczyną maszynerii, ramion, przekładni, tłoków i przewodów. Tworzyły kolistą komnatę, jakby kopułę zamykając się nad dziwaczną konstrukcją nie przypominającą żadnej innej machiny w kolekcji. Na szarej podłodze ładowni stała podstawa złożona z powoli obracających się kręgów. Nie poruszał nimi żaden mechanizm, zdawały się płynąć w idealnie spasowanym łożysku, nie trąc o nic, jakby unosząc się milimetry nad pozostałymi częściami. W samym centrum umiejscowiono prosty, błyszczący drążek, przypominający wazę, grubszy u podstawy i zwężający się ku wygiętej lekko szyjce. Nad nim zaś unosiła się ogromna kula, nie wsparta żadnym elementem. Wisiała w powietrzu, przecząc grawitacji, natomiast tworzący ją metal wydawał się być płynny, lekko pulsując od najmniejszych ruchów powietrza. Powierzchnia olbrzymiego obiektu delikatnie się marszczyła, gdy oddech samotnego obserwatora głaskał ją wzbudzając mikroskopijne fale. Blady blondyn obserwował sferę idealnego brązu szeroko rozwartymi oczami. Dreptał wokół niej, oniemiały, wyciągał dłoń, lecz bał się tknąć kuli. Pochłaniała światłość, jakby zasysając jej część do środka. Od brązowych płyt dookoła promienie z lampy odbijały się jak od luster, zaś w bryle nikły, zupełnie jakby ta generował własny cień zakrzywiający się wokół powierzchni. Sylwetka mężczyzny była rozmyta, ledwo widoczna, spowita ciemnością. Rozpoznawał się w odbiciu tylko dlatego, że nikt inny nie stał przy tajemniczej metalicznej sferze, więc rozmazana istota mogła być jedynie nim. Przekrzywił lekko głowę, a kształt zrobił dokładnie to samo, jednakże miał wrażenie, że dzieje się to z lekkim opóźnieniem. Zaledwie ułamek sekundy, czy może zmęczenie i rozrzedzone powietrze dawało mu się we znaki?
Obszedł kulę jeszcze raz, aż w końcu przemógł swój strach i dotknął… ciepłego, delikatnego obiektu. Ciekły metal ugniatał się pod opuszkami palców skrytych pod rękawicami, lekko pulsował, a przede wszystkim emanował przyjemnym, kojącym ciepłem. Ułożył dłoń na powierzchni. Z głębi docierały ledwo wyczuwalne wibracje, jak bardzo powolne bicie maleńkiego serca.
Po chwili uśmiechnął się, widząc w odbiciu znajomą twarz. Nie należała do niego, lecz była tak uprzejma i czarująca, że nie mógł się jej nadziwić. Wiedział, że skądś ją zna, ale skąd? Była mu znajoma, owszem, ale nie przypominał sobie imienia. Cieszył się… Tak bardzo się cieszył.

***

Thurim Sadar pospieszał skutą pasażerkę dźgając ją lufą pistoletu w bok. Schyliła grzecznie głowę i wstąpiła na pokład przygotowanej wcześniej furii. Załoga była gotowa wykonać jego rozkazy, tak jak autoryzował ich kapitan, zaś sam Secutor cudem wykaraskał się z pułapki. Pancerz na jednej z burt został rozerwany, kilka korytarzy trzeba było zamknąć i uszczelnić, a teraz zatoczyli dookoła lodowego cmentarzyska pełen krąg wyrywając się z oków zgubnego przyciągania. Dostali wiadomość od kapitana, kolejną. Plan który wraz z nawigatorem sam ułożył zawczasu, miał wejść w życie i to bezzwłocznie. Pokład startowy nadal borykał się z problemami, i technicy spieszyli łatać szkody powstałe w wyniku magnetycznych anomalii, zaś Thurim miał już wsiąść do myśliwca, gdy nagle coś go tknęło.
Zamarł, a po jego plecach przeszły ciarki. Spojrzał po chwili groźnie na kobietę, niejaką Lady Ash, współpracowniczkę Fela i jego uzdolnioną psykerkę. Nawigator zmarszczył groźnie brwi, a następnie spojrzał na wielkie ptaszysko w klatce, jakie już wniesiono i zabezpieczono wewnątrz myśliwca.
-Co ty kombinujesz? – Spytał, lecz kobieta, blada na twarzy wzruszyła ramionami, równie przerażona.
-Nic nie zrobiłam… Ale też to czuję.
Kruk zatrzepotał skrzydłami, przestraszony, a załoganci siedzący na przedzie czekali na rozkazy, zdegustowani zachowaniem hałaśliwego zwierzęcia.
Thurim zmrużył swe pobielałe ślepia, wejrzał głębiej w Lady Ash i w końcu skinął jej głową. Znowu dźgnął pistoletem w bok, po czym wskazał lufą siedzenie, które normalnie zajmowałby technik przy dłuższych lotach. Usiadła, a on zaraz za nią, pomógł zapiąć jej pasy i całą uprząż, samemu zajmując miejsce naprzeciwko, w ciasnym wnętrzu furii.
-Żadnych numerów, moja droga – szepnął, gdy załoga zaczęła inicjację podzespołów.
Przeprowadzali ostatnią kontrolę, sprawdzali systemy. Odłączyli się od zewnętrznego zasilania, gdy tylko generator plazmowy zabuczał głośniej. Wkrótce byli gotowi do lotu. Nawiązano bezpośrednie połączenie z mostkiem.
-Macie pozwolenie na start – zabrzmiał głos Gillama Corta. – Powodzenia.

***

Wyszliśmy zza ściany antycznych machin, by ujrzeć Hadaraka klęczącego przed unoszącą się w powietrzu kulą brązu. Pierwszym naszym odruchem, było skierowanie broni przeciwko temu czerwiowi, lecz cóż to? Nie reagował? Klęczał, z twarzą ukrytą w dłoniach, mamrotał coś do siebie. Co jakiś czas przeczesywał włosy dłońmi i mocno ciągnął za blond pukle, jakby chciał je sobie wyrwać, bujając się w przód i w tył.
-Fel? – Spytałem, celując mu prosto w potylicę, na wypadek, gdyby czegoś próbował.
Nie reagował. Moi ludzie otoczyli go, stając w pewnym odstępie. Nie miał nawet przy sobie broni, ta leżała oparta o jedną z metalicznych brył.
-Coś mu się stało? – Spytała panna Garrow. – Może skutki rozrzedzenia tlenu?
Coś zaiste się stało. Nie pasował mi ten wystrój, ta unosząca się nad ziemią kula brązu. Nie wiem czemu, ale było w niej coś nienaturalnego. Nie myślałem o niej zbytnio, wciąż skupiony na Hadaraku, ale w pewien sposób jej obecność nie pozwalała mi trzeźwo myśleć. Czegoś mi w niej brakowało, jakbym patrzył na obraz, który widziałem już milion razy, a na którym zamalowano jakiś nieistotny szczegół.
Chomsky podszedł bliżej, celując w gnojka z wielkiego kalibru i na mój rozkaz kopnął Fela. Ten przewrócił się na ziemię, rozłożył ręce i wodził po nas oszalałymi oczami. Gębę miał wygiętą w dziwacznym uśmiechu, zaś krople potu spływały po jego twarzy.
Ingrid oraz Falkner, jej przyboczny, ruszyli dalej, zabezpieczać teren. W końcu z kapitanem ze strzelaniny ocalał także jeden z ochroniarzy. Mógł być w pobliżu, mógł wezwać pomoc, ale w końcu zbrojmistrzyni znalazła go, a raczej to co z niego zostało. Wróciła z posępną twarzą, mierząc zimnym spojrzeniem w naszego jeńca.
-Zastrzelił go… W tył głowy – wysyczała.
-Co się z tobą stało, Fel? – Zapytałem, nawet wymuszając lekką drwinę w tonie. – Postradałeś zmysły? Nigdy nie widziałeś takiego bogactwa?
Hadaraka przygniatał but Chomskiego, bezradnie sięgnął do swej twarzy i wsadził sobie palce do ust, przygryzając je i tępo wpatrując się w moje oczy. Jakby chciał mi coś powiedzieć, lecz nie mógł. Miałem wrażenie, że się czegoś bał.
-Co z nim zrobić, szefie? – spytał osiłek.
-Może być jeszcze przydatny – rzekłem po chwili. Po części chciałem to skończyć, kazać Chomskiemu wpakować kilka laserowych ładunków prosto w jego czoło, ale mieliśmy jeszcze okręt Hadaraka snujący się gdzieś w okolicy. Tak długo jak pozostawał w pobliżu utrudniłby nam tak proste czynności, jak chociażby lądowanie i załadunek znalezisk. – Skuj go. Potargujemy się i zobaczymy co jego załoga powie na propozycję okupu.
Garvin i Chomsky zebrali Fela z podłogi. Trząsł się jak galareta, mamrotał pod nosem, zaś nogi się pod nim uginały, jakby nie chciał w ogóle z nami iść, czy choćby stać. Spoglądał przez ramię na kulę ciekłego metalu i zaciskał mocno szczęki.
Mieliśmy się już zbierać, gdy zrozumiałem co mi nie pasowało w pełnym obrazie. Wraz z Hadarakiem rzuciłem ostatni raz okiem na sferę brązu i zauważyłem dopiero wtedy, czego w niej brakuje Ściany, przedmioty, lampa, maszyneria dookoła, nawet miecz i pistolet zostawiony na jednym z sześcianów, wszystko odbijało się od powierzchni, jak w obłym lustrze… Wszystko, oprócz nas.
Ingrid podeszła bliżej, i kładąc mi dłoń na ramieniu szepnęła, że odzyskaliśmy połączenie z Secutorem i powinniśmy się spieszyć. Skinąłem jej głową, a po prawdzie, zdawszy sobie sprawę, że w pobliżu tej dziwacznej kuli zaszło coś przez co Hadarak postradał zmysły, chciałem oddalić się jak najszybciej.
Gdy biegliśmy w stronę wyjścia, labiryntem antycznej maszynerii, spiesząc się by wreszcie wrócić na nasz lądownik, przez myśl przewinęło mi się kilka niepokojących pytań. Z początku zakładałem, że okręt rozbił się tam przypadkiem, że to po prostu jeden wielki niefart, znaleźć się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie, ale dlaczego w ogóle mieli się ukrywać w tak niebezpiecznym układzie? Posiadając takie skarby poprzedni kapitan mógłby ruszyć do najbliższej placówki Imperialnej, spieniężyć znalezisko za niesamowitą fortunę, żyć w uznaniu Kultu Maszyny, z ich wielkimi względami w pamięci. Zamiast tego jednostka została porzucona i „rozbity” na krańcu martwego układu, wrogiego wszystkiemu co żywe. To musiał być wypadek – tak sobie tłumaczyłem. Inna odpowiedź, ta sugerująca, że zostawili okręt celowo, po prostu nie pasowała, nie miała sensu, a być może nie dopuszczałem jej do siebie? Takie myśli wróżyły najgorsze ze scenariuszy, powszechnie znienawidzony, a tak namiętnie kultywowany w legendach i opowieściach. Przeklęty skarb... Tu nie kwestia strachu przed konsekwencjami, czy potworami była najgorsza, ale fakt, że ten scenariusz zakładał tak dużo pracy, ryzyka i wysiłku, że w bajdach kapitanowie i dzielne załogi spędzali długie miesiące trwogi na dorwaniu obiecanej nagrody, tylko po to, by ostatecznie obejść się smakiem. Nienawidziłem tego poczucia niewypłacalności, przeświadczenia, że za wkład w inwestycję nie ma zwrotu z nawiązką, za pracę nie ma wypłaty. Gdybym mógł zabrać choćby monetę, lub jeden antyczny kogitator, to już by było coś, ale przeklęte skarby miały to do siebie, że nie pozwalały uszczknąć z siebie ani śrubki, ani grama złota, ani skrawka informacji. Pieprzone hochsztaplerskie wymysły, triki i warpowe zagrywki. Gdybym tak mógł dorwać trefnisia odpowiedzialnego za wszystkie „przeklęte skarby”, dałbym jeden sygnał braci korsarskiej, a z całej galaktyki zleciałaby się armada, by wpakować mu kilka megaton głowic w dwunastnicę, czy co tam posiada w swej adekwatnej anatomii.
Założyliśmy hełmy i już mieliśmy ruszyć w stronę lądownika, ale Fel nie posiadał własnego. Pytaliśmy, gdzie go zostawił, gdzie zostały jego pozostałe zapasy, lecz nie chciał odpowiedzieć. Nadal miotał się, kręcił głową, warczał groźnie, jak zaszczuty pies szykujący się do kontrataku. Musieliśmy go ogłuszyć, by w ogóle móc przenieść, założywszy uprzednio jeden z zapasowych skafandrów.

***

Obudził się w końcu, a pod nosem miał przytkniętą lufę. Oczywiście nie boltera, zabryzgałbym sobie ściany, ale laserowego pistoletu, który mógł ugotować jego szare komórki w mgnieniu oka. Przywiązany do siedzenia, wyglądał przez jeden z wizjerów naszego lądownika. Sapał ciężko, ale za to oczy przestały mu się miotać. Nadal był blady i wyglądał, jakby przed chwilą wyzioną ducha, ale przyglądał się mi zaszokowany.
-Żyjesz? – Wycedził w końcu przez zęby. – Przecież cię…
-Nie pamiętasz niczego, Fel?
-Czego? Co pamiętać? Zostawiłem was… - omiótł wzrokiem wnętrze naszej maszyny i ciężko westchnął. – Jak się wam…
-Nie ważne, Fel – przejechałem lufą do jego skroni. – Próbowałeś, przyznaję, sprytna zagrywka. Ale będzie cię kosztować.
-Jak się tu… Jak się tu znalazłem? – Mrużył oczy, wciąż ścierając się z okrutnym bólem głowy. Choć po uprzednim ogłuszeniu nie wiedziałem czy to za sprawą szaleństwa, czy wprawnego ciosu Ingrid, zawsze gotowej poprawić swe dzieło. Nawet wtedy siedziała zaraz obok, w gotowości, a mechaniczna proteza lewej ręki aż drżała z ekscytacji.
-Nie pamiętasz? Ładownia, Fel. Znaleźliśmy cię tam. Nie zgrywaj się i nie udawaj idioty, bo ci to nie pomoże.
Zrozumiał przekaz. Zamknął oczy i spuścił głowę. Jeśli będzie udawał niepotrzebnego szaleńca, nic nie szkodzi nam go zabić i wyrzucić na powierzchnię kosmicznego lodowca, by jego truchło zamarzło, tworząc groteskowy pomnik. Nie było sensu dyskutować o tym czy jego szaleństwo było prawdziwe, udawał, czy nie, by kupić sobie czas. Najważniejszym było przetrwać, a przetrwanie zależało, od tego co nam mógł zaoferować.
-Z moim okrętem na orbicie – dodał po chwili. – Nie odlecicie stąd, ani się mnie nie pozbędziecie. Wtedy moi ludzie będą was tu nękać. Może nie mamy takiej jednostki jak twoja, ale za to w tym paśmie lodowatych brył, nigdy nas nie znajdziecie. Będą was kąsać i kąsać, aż zedrą z was pancerz.
-Jesteś bardzo pewny swego – odpowiedziałem.
-A pewnie. Nie przeżyłbym tak długo w Ekspansji, gdybym nie był na wszystko przygotowany.
Kazałem pilotowi uruchomić elektroniczny projektor. Na ścianie ukazał się uproszczony rys sunących przez mrok lodowatych brył, oraz wychwycony przez sensory kadłub Secutora. Nasz krążownik poruszał się w miarę możliwości, jak najzwinniej, próbując manewrować między odłamkami, ale na ogonie, kilkadziesiąt kilometrów za nim, zdążał mniejszy okręt. Gdy nasza jednostka robiła nawrót, by wziąć przeciwnika na cel, by choćby na chwilę znalazł się w polu ostrzału, ten znikał, ukrywając się gdzieś za masywami zmarzlin. Ciągle pozostawali za rufą, ciągle nękali ogniem, nie dając chwili wytchnienia. Jeśli uszkodziliby zbyt wiele dysz, mogliby unieruchomić kolosa, odebrać mu moc i skazać na łaskę otchłani. Pozbawiony ciągu, Secutor dryfowałby, wprowadzając skromne korekty silnikami manewrowymi, możliwe, że przy swej masie wpadłby na jedną z lodowatych brył, także mozolnie sunących przez pustkę kosmosu. Scenariusze malowały się nam czarno, przynajmniej tak myślał Hadarak.
Poprosiłem łącznościowca o mikrofon, a gdy mi go podał, nadałem przez vox krótką wiadomość, na otwartym, niekodowanym kanale, tak by Fel to widział i był świadom, że jego ludzie nic z tego nie wyciągnął.
-Thurim. Zacznij nadawać.

***

Maleńki myśliwiec trzymał się blisko dziobu kolosalnej jednostki. Ponownie zostali zaskoczeni przez nagły ostrzał. Tarcze Secutora pochłonęły część pocisków, ale w końcu siadły, pozwalając reszcie eksplodować na tylnym pancerzu. Jedna z dysz zionąca pomarańczową łuną rozerwała się, buchając obficie dymem, nim powietrze z pożaru zostało wyssane przez powstałe szczeliny. Kawały metalu odleciały w przestrzeń, zaś mostek robił wszystko co w mocy by dać przeciwnikowi jak najmniej szans na ostrzał. Niestety, byli zbyt szybcy, zaś osłon zbyt wiele. Przypominało to śmiertelną zabawę dwójki dzieci, przepychających się zapchaną szafą pełną gratów. Starsze, większe i silniejsze miało pozorną przewagę, lecz poruszało się mozolnie, podczas, gdy to mniejsze co i rusz doskakiwało z ukrycia i godziło boleśnie szpikulcem.
Dostali meldunek i sygnał od kapitana. Teraz wszystko w rękach nawigatora. Myśliwiec przyspieszył, prowadząc krążownik niejako na niewidzialnej smyczy. Gillam Cort dostał rozkaz, by podążać zaraz za nim. Skierowali się w gęsty korytarz lodowatych odłamków, lawirując między nimi i przeciskając się z trudem, wiedząc, że gdzieś dalej podąża wrogi okręt.
Tym czasem w furii nawigator oblizał palce i pociągnął opuszkami po brwiach, odprawiając swój maleńki rytuał. Lufa pistoletu wciąż wycelowana w Lady Ash uniosła się odrobinę, mierząc w jej szyję.
-No, moja droga. Czas śpiewać.
-Co mam niby zrobić? – Spytała szczerze skonsternowana.
-Nadawać jak to czyniłaś dotąd – Thurim Sadar rzekł z szelmowskim uśmiechem wymalowanym na twarzy. – Nawet nie próbuj udawać, poznam się gdy przerwiesz lub ostrzeżesz ludzi Fela. Wykonam tylko jeden strzał ostrzegawczy jeśli dasz mi powód do zwątpienia.
I z tymi słowy skinął w kierunku zamkniętego w klatce ptaszyska, na co Ash zareagowała paniką. Z krukiem łączyła ją unikalna więź, co Thurim dobrze rozumiał. Prawdopodobnie śmierć Pyrexii, jak zwała zwierzę, znaczyła dla niej więcej niż własna krzywda. Odebranie nawet prymitywnej jaźni, z którą umysł psykera był dobrze zgrany, był niczym ucięcie części ciała, pozbawienie zmysłów będących częścią codziennego życia, jak wykłucie oka, równie okrutne i równie bolesne.
Kobieta zamknęła wreszcie oczy skupiając się na zadaniu. Wyciszyła i postąpiła tak jak oczekiwał tego od niej siwy nawigator.

Dłoń Fela dzielnie goniła Secutora, wykonali pełen nawrót ciasnym korytarzem i ponownie wrócili na nasze ekrany. Masywny krążownik wyminął jedną z kolosalnych lodowych brył i wykonał ostry nawrót. Widzieliśmy go jako mały punkcik, choć gdybym miał odpowiednio mocny teleskop, zapewne mógłbym zobaczyć mą jednostkę. Secutor nie uciekał, zamiast tego zatoczył pętlę i schował się zaraz za kosmicznym lodowcem, zatrzymał, zwolnił, niemal wyłączył silniki, przechodząc na cichy bieg. Hadarak spoglądał to na mnie, to na ekran, nie rozumiejąc do czego zmierzałem, zaś ja kazałem mu obserwować dalsze wydarzenia, dorzucając swój komentarz.
-Znaleźliśmy twoją załogantkę przy ruinach. Pewnie domyśliłeś się, że wzięliśmy ją na pokład, czyż nie?
-Ash – parsknął – tak, istna chciwa kula u nogi. Możesz ją sobie wziąć, Fist…
-Tak łatwo ją odrzucasz?
-Zostali zaatakowani przez dzikie stado zielonoskórych i nawet nie potrafili przebić się do lądownika.
-Dziwne, nam opowiedziała inną bajeczkę.
-No widzisz – dodał skuty blondyn. – I do tego kłamliwa, sam widzisz czemu mi nie jest potrzebna.
-To bardzo ciekawe, Fel. Bo zdawała się niezwykle wierna.
-Kpisz sobie?
-Ależ skąd. Przez cały ten czas wykonywała twe polecenie. Wiesz, zastanawiało mnie, czemu twego okrętu nie możemy wykryć, zaś czemu wy nas tak, mimo wyłączonych sensorów. To oczywiście nie jest mi obca sztuczka, po prostu osobiście nigdy nie poświęciłbym własnego psykera na tak ryzykowną misję.
Twarz Hadaraka ponownie stężała. Jego oczy pytająco skakały między ekranem, a mą twarzą. Zobaczył, że w ślad za Secutorem wyłoniła się z odmętów inna jednostka, jego jednostka.
-Popełniłeś błąd – kontynuowałem – wysłałeś tą samą agentkę, która wtedy odczytała zapis z mnemolitycznego kamienia. Z przesyłki kierowanej do mnie. Mój nawigator rozpoznał ten subtelny ślad w… Lady Ash, tak? Tak się nam przedstawiła, w każdym razie nie dbam o jej imię. To o co jednak zadbałem, to uprzednie wsadzenie jej wraz z mym psykerem do małego myśliwca…
Podszedłem bliżej wyświetlacza i palcem wyznaczyłem kurs, za którym po chwili podążył okręt Fela ku jego zupełnemu zdziwieniu.
-Na tym ekranie nie widać tej maleńkiej łupinki, ale na jej pokładzie jest twoja Lady Ash, którą przekonaliśmy, by kontynuowała wysyłanie tej samej wiadomości, informując twą załogę gdzie jest Secutor.
Oczami wyobraźni Fel widział co musiało zajść w odległej przestrzeni. Symbol jego jednostki, maleńki czerwony punkcik, sunął za nieistniejącym obiektem, chcąc odciąć drogę ucieczki krążownikowi. Wtem kolos powoli wznowił pracę dysz i wynurzył się z ukrycia. Nim mniejsza fregata zdążyła zareagować, sunęła burta w burtę z Secutorem, wystawiona na niszczycielską salwę, której dotąd udawało się jej unikać. Mogła kąsać i dźgać, lecz w czystym rozrachunku mocy ognia, nie miała szans.
Krążownik odpalił rząd makrobaterii! Serię rozbłysków widzieliśmy z oddali, niczym błyskawice nadciągającej burzy. Z satysfakcją pozostawiłem kanał voxu otwarty, podłączony do wewnętrznego zestawu głośników. Po kilku dłuższych chwilach dotarły nas wezwania o pomoc, raporty o zniszczeniach, paniczne jęczenie załogi z działów ogarniętych pożarami.
Hadarak Fel znowu zaczął się pocić, tym razem czując, że odebraliśmy mu jedyną kartę przetargową. Ja zaś podsunąłem mikrofon pod jego gębę i dodałem:
-Rozkaż swoim ludziom by się poddali, wyłączyli silniki i czekali na dalsze polecenia, a ja rozkażę zaprzestać ostrzału.
Czas nieubłaganie mijał. Mój rywal patrzył to na ekran, to na mikrofon z pogardą, łudząc się, że może jego okręt jakimś cudem odbije w bok, nabierze dystansu. Byli jednak zbyt blisko. Dotąd pozostawali za Secutorem, tam gdzie krążownik nie miał żadnej broni. Po zarzuceniu sideł znaleźli się w naszym zasięgu, w obrębie rażenia burtowych baterii, a nawet jeśli spróbowaliby błyskawicznego manewru, ucieczki za jakąś osłonę, Secutor albo oddałby jeszcze jedną salwę, albo obrócił w ich stronę dziobem i posłał serię torped, która rozerwałaby fregatę na strzępy.
Fel ważył pozostałe opcje, wiedząc, że mają około dwudziestu minut, w których jego okręt musiał wymanewrować nasz. Około dwadzieścia minut do pełnego przeładowania dział burtowych i oddania następnej, dewastującej salwy. Nasz przeciwnik przyspieszył, ale nie skręcał, lub raczej skręcał ledwo, starając się prześcignąć Secutora, skąd wywnioskowałem, że musieliśmy im uszkodzić silniki manewrowe. Krążownik gonił, zostawał w tyle, ale był w stanie zrobić nawrót na lewą burtę, odbijając od kursu, obierając wrogą jednostkę na cel makrobaterii.
-Pomyśl, Fel. Możesz jeszcze dziś wrócić na pokład, który nie będzie podziurawiony i zasłany ciałami. W przeciwnym… Cóż, będę na tyle szczodry by dać ci butlę tlenu i wysadzić gdzieś na sąsiednim lodowcu. Powędrujesz sobie aż albo zamarzniesz, albo się udusisz.
Ponownie błyski wystrzałów zaświeciły na czarnym tle, łącznie sześć uderzeń, a następnie sześć wybuchów. Dwie dewastujące salwy i paniczne głosy jego załogi w końcu zmusiły Hadaraka do skinięcia głową. Wcisnąłem przycisk włączając nadawanie, by mógł porozumieć się ze swymi ludźmi.
-Dłoń Fela, mówi wasz kapitan… Opuśćcie tarcze i wyłączcie silniki. Maszyny stop. Powtarzam, mówi wasz kapitan, opuścić tarcze i wyłączyć silniki…
Gdy postąpił według prośby, sam dorzuciłem odpowiednią kwestię:
-Secutor, teraz mówi wasz kapitan. Wstrzymajcie ogień, ale miejcie Dłoń Fela na celowniku. Jeśli zaczną uciekać lub was ostrzelają, rozwalcie ich.
-Dobrze was słyszeć, szefie – odpowiedział po chwili Gillam Cort, jego głos zniekształcony przez szum głośników, zakłóceń i walki.
-Was także. U nas wszystko w porządku… Jeśli słyszy mnie Thurim Sadar, to możecie wracać na pokład, wasza misja jest zakończona sukcesem.